Prawosławny monaster Św. Cyryla i Metodego

http://monasterujkowice.pl/books.php?b=004&c=print
Monaster w Ujkowicach » Wydawnictwa » Historia Watopedzkiej Ikony
okładka książkiHistoria Watopedzkiej Ikony

Historia Watopedzkiej Ikony

w Ujkowickim monasterze

Format: A5
Ilość stron: 40

Słowo Archimandryty

Z Opatrzności powołał nas Bóg do Swej służby przy końcu drugiego tysiąclecia chrześcijaństwa i na początku trzeciego, w momencie przełomowym, gdy toczy się walka o „rząd dusz” w świecie oscylującym ku „energiom z kosmosu”, w świecie opowiadającym się za szatanem, za złem w wielorakich jego przejawach.

Jako słudzy Boga Żywego i słudzy Bogurodzicy mamy świadomość odpowiedzialności za przekazanie czystej wiary Apostolskiej i Ortodoksyjnej w następne pokolenia, w trzecie tysiąclecie. To nic, że ten świat ogłasza sobie erę Wodnika i koniec ery chrześcijańskiej.

Obecność Bogurodzicy pod Krzyżem Jej Syna, Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa, Jej obecność w Cerkwi i w życiu Jej dzieci szczerze Ją kochających, obecność nad świętą Górą Atos – Jej ziemskim udziałem, i wreszcie Jej matczyna i wszechmocna obecność w naszym życiu monasterskim w Ujkowicach napełnia nasze serca odwagą w dziele apostolskim i w głoszeniu Jej bezgranicznej miłości do ludzi.

Przedstawiona przez nas historia cudownej ikony Bogurodzicy Watopedzkiej z Atosu, czczonej w naszym Monasterze niech nam otworzy oczy na potrzebę uciekania się do Niej w czasach ogólnego zamętu i utraty wiary przez współczesny przeintelektualizowany świat. Tylko modlitwa, post i jałmużna zapoczątkują w nas odnowę życia duchowego, a obecność w nim Bogurodzicy i naszej Matki ochroni je przed wszelkim niebezpieczeństwem.

Działanie Bogurodzicy w naszym życiu mniszym w Ujkowicach i nasza ufność w Jej pomoc i obronę pozwalają wznosić dzieło budowy Monasteru wbrew opiniom głoszącym „dziś monastery wznoszą wariaci albo święci”. Monaster w Ujkowicach wznosi sama Bogurodzica, a my Jej tylko pomagamy. Ona jest w nim Ihumenią. Ona stara się o finanse, a my dajemy Jej gotowe do pracy serca i dłonie. Jak do tej pory nigdy nas nasza Ihumenia nie zawiodła. Jako współcześni wariaci chcemy zdobywać świętość nie na greckim Atosie, w republice mnichów, ale w Ujkowicach, na górze Bogurodzicy, która sama przybyła do nas z Atosu.

Niech to nasze małe świadectwo Opieki Przeczystej Bogurodzicy nad nami i naszym Monasterem będzie pieśnią wdzięczności Matce wcielonego Boga-Słowa za dar Zbawiciela, którego zrodziła nam w Betlejem Judzkim dwa tysiące lat temu. Niech ta historia wzbudzi w nas samych większą ufność do Bogurodzicy i dziecięcą czystą miłość. Albowiem od wieków nie słyszano, aby ktokolwiek do Bogurodzicy się uciekając i Jej pomocy przyzywając, miał być przez Nią opuszczony. Tylko jedna strona zrywa układ miłości: to my z naszymi grzechami, z naszą pychą i światowym mędrkowaniem psujemy plany zbawcze i krzyżujemy wolę Bożą względem nas. Bogurodzica zawsze prostuje nasze ścieżki i jako najlepsza Matka ciągle oczekuje naszych powrotów pod Jej macierzyński Pokrow.

Archimandryta Nikodem,

Ihumen Monasteru św. Cyryla i Metodego w Ujkowicach

Święto Watopedzkiej Ikony zwanej „Pocieszeniem i Dobrą Radą”, 21 stycznia - 3 lutego

I.Ogród Bogurodzicy

2001 r.Stara chrześcijańska tradycja przekazała nam do naszych dni rozpoczynających trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa pewną historię z życia Przeczystej Bogurodzicy.

W czytaniach miesięcznych świętego Dymitra Rostowskiego pod datą 15 sierpnia czytamy, że po zesłaniu Ducha Przenajświętszego na Apostołów zgromadzonych w Wieczerniku wraz z Maryją, Matką Jezusa, Apostołowie postanowili rzucić losy, aby każdy z uczniów wiedział, gdzie z woli Bożej wypadnie mu głosić Ewangelię. Rzucono też los dla Bogurodzicy i otrzymała Ona w udziale półwysep w Grecji zwany Atos. Tradycja podaje nam, że Bogurodzica z grupą wiernych Jej uczniów wypłynęła łodzią na morze Egejskie i opłynęła półwysep. Jej obietnica i błogosławieństwo dla tego miejsca zawarte są w słowach samej Bogurodzicy wypowiedzianych do sławnego pustelnika atoskiego, Piotra:

„Dla swobodnej służby Bogu nie ma na świecie bardziej pięknego i odpowiedniego miejsca niż Góra Atoska, którą przyjęłam od mego Syna i Boga w dziedzictwo dla siebie, aby wszyscy, którzy zechcą oddalić się od spraw i ułudy tego świata mogli tu przychodzić i służyć Bogu bez trosk światowych, w duchowym pokoju. Od dziś będzie się nazywać ta góra MOJĄ WINNICĄ. Bardzo umiłowałam to miejsce i przyjdzie czas, kiedy od brzegu do brzegu, od północy po południe, wypełnione będzie mnóstwem mnichów. Jeśli oni wszyscy z całej swej duszy będą z bojaźnią Bożą spełniać Jego przykazania, Ja sama wyjednam im, by stali się godni najwyższej łaski w Wielki Dzień Syna Mojego. Tutaj, na tym miejscu, będą mieć ode mnie wszelką pomoc. Złagodzę ich boleści i trudy i nic nie posiadając, będą mieć wystarczającą ilość wszystkiego, co potrzebne do życia. Wszelką siłę złego przeciw nim skierowaną osłabię i sławnym uczynię ich imię po całej ziemi.” (Z Atoskiego Pateryka).

Obietnica złożona przez Bogurodzicę wypełnia się do naszych dni. Od niepamiętnych czasów powstawały na świętej Górze Atos cele i skupiska mnichów, wiodących pustelniczy i bogobojny żywot. Bogurodzica zawsze była tą Jedyną Niewiastą, która może swą stopę postawić na ziemi Atoskiej. Innym kobietom jest to zabronione do dziś.

Mało mamy źródeł pisanych dotyczących początków Atosu, ponieważ mnisi pustelnicy żyli nie dla tego świata i swoje przeżycia mistyczne i dowody Opieki Bogurodzicy nad Atosem zabierali ze sobą do grobu. Nie ma na Atosie Monasteru, skitu czy cerkiewki, w której nie byłoby cudownej ikony Bogurodzicy. Przez nie Królowa Niebios spełnia Swą obietnicę i daje błogosławieństwo zbawiającym się tam mnichom. Ikony stały się znakiem obecności Bogurodzicy i przez nie zsyłane są niezliczone dobrodziejstwa. W każdym Monasterze półwyspu Atoskiego spotyka się znaki obecności i działania Bogurodzicy zachowane do naszych dni w wielorakich przekazach. I tak w Wielkiej Ławrze św. Atanazego zapragnęła być Ekonomką rozmnażając pokarmy w czasie głodu. W Chilandarze sama chce być Ihumenią i rozkazała, aby nie było tam innego ihumena prócz Niej. W Iwironie zapragnęła być Strażniczką bramy monasterskiej jako „Wratarnica”, przedkładając małą cerkiewkę przy bramie nad wspaniały sobór.

Jednym z zapisanych i udokumentowanych oraz przekazanych do naszych czasów dobrodziejstw Atoskiej Ihumenii jest sam fakt powstania i nazwa jednego z Jej Monasterów zwanego „Watopedi”, czyli „Krzew Dziecka”, dziś drugiego co do wielkości i ważności Monasteru na świętej Górze Atos.

II. Historia powstania Watopedzkiego Monasteru

Najstarsze przekazy wspominają o założeniu Watopedzkiego Monasteru na świętej Górze Atos już za czasów Konstantyna Wielkiego. Niedaleko od tego Monasteru w roku 395 w czasie silnej burzy został przez fale zmyty z pokładu okrętowego syn cesarza bizantyjskiego Teodozjusza Wielkiego, Arkadiusz. Chłopiec zniknął w odmętach morskich. Wszyscy pielgrzymi obecni na okręcie zamarli z trwogi, nie tylko z obawy o życie syna cesarskiego, ale i z obawy o swoje życie. Jak staną teraz przed cesarzem bez następcy tronu? Widząc, co się stało z Arkadiuszem i oceniając stan morza nie łudzili się tym, że mógł on przeżyć. Z wielkim trudem okręt zdołał zakotwiczyć w pobliżu miejsca, gdzie dziś wznoszą się mury Watopedzkiego Monasteru. Towarzysze podróży długo szukali martwego ciała Arkadiusza na plaży, mając nadzieję, że fale wyrzucą go na brzeg. Zmęczeni poszukiwaniami podeszli wreszcie do najbliższego krzewu rosnącego przy brzegu i tu nagle ujrzeli przemoczonego do suchej nitki, leżącego w jego cieniu i spokojnie śpiącego Arkadiusza. Rozbudzony Arkadiusz opowiedział zdumionym i rozradowanym towarzyszom podróży, jak w cudowny sposób był uratowany od niechybnej śmierci przez działanie i wstawiennictwo Bogurodzicy.

Było to pierwsze udokumentowane objawienie mocy i macierzyńskiej troski Bogurodzicy okazane na tym miejscu. Dla upamiętnienia tego cudownego zdarzenia, znajdujący się w pobliżu Monaster nazwano Watopedi, co znaczy „Krzew Dziecka”. Nie na darmo Cerkiew Prawosławna nazywa Przeczystą Bogurodzicę Nieopalimoju Kupinoju, to znaczy „Krzewem Gorejącym, który nie spłonął”. Jak krzew na pustyni synajskiej oglądany przez Mojżesza, który został ogarnięty ogniem Bóstwa i nie spłonął, tak ogień Bóstwa zstąpił w łono Bogurodzicy i nie wyrządził Jej żadnej szkody. Bogurodzica jest Krzewem Gorejącym, w którego cieniu wielu znajduje ratunek. Okazała się na tym skrawku brzegu Atoskiego Krzewem Ratunku dla cesarskiego syna Arkadiusza. Monaster Watopedzki przyjmuje swą nazwę nie tyle od historycznego krzewu, pod którym znaleziono chłopca, lecz od samej Bogurodzicy chroniącej bezbronne dziecko w cieniu Swojej Opieki.

Bogurodzica jest Krzewem Dziecka – Strażniczką dziecka Bożego, każdego, kto u Niej szuka ratunku, kto ufa w Jej macierzyńską pomoc i wstawiennictwo u Jej Syna.

Imperator Teodozjusz Wielki na znak swojej wdzięczności dla Bogurodzicy rozbudował cały Monaster i wyposażył iście po cesarsku. Na miejscu znalezienia Arkadiusza wybudowano główny ołtarz monasterskiego katolikonu, czyli głównej świątyni Monasteru. Na jego poświęcenie przyjechał sam Arkadiusz wraz z patriarchą konstantynopolitańskim Nektariuszem. Taki był początek cudów Przeczystej Bogurodzicy, Ihumenii Atoskiej, w Watopedzkim Monasterze.

III. Historia cudownej ikony Watopedzkiej Bogurodzicy zwanej „Pocieszeniem i Dobrą Radą”

W monasterskim katolikonie Watopedzkim po prawej stronie od ołtarza głównego znajduje się cudowna ikona Bogurodzicy zwana Watopedzką ikoną „Pocieszenia i Dobrej Rady”. Do dziś zachował się zwyczaj dokonywania przed nią postrzyżyn tych kandydatów, którzy przeszli próbę posłuszania – nowicjatu, i pragną na całe życie przyjąć obraz Anielskiego Upodobnienia i poświęcić się Bogu na stałe. Zwykle dokonuje się to w obecności najwyższego przełożonego każdego Monasteru. W tym wypadku mnisi Watopedzcy mają za Przełożoną – Ihumenię – samą Bogurodzicę, która kiedyś w cudowny sposób uratowała ten Monaster i żyjących w nim mnichów od rzezi z rąk piratów. Po dziś dzień śpiewają ułożony na tę okoliczność specjalny molebień. Płonie też przed ikoną oliwna lampa i gruba woskowa świeca, jako znak wdzięczności mnichów za miłosierdzie Bogurodzicy okazane na tym miejscu przez Jej ikonę, która zmieniona po cudzie ożywienia jest do dziś niekwestionowanym dowodem historii, którą teraz opowiemy.

W roku 807 na świętej Górze Atos wylądowała banda piratów, która korzystając z osłony nocy ukryła się w nadbrzeżnych krzewach, aby o świcie, gdy otworzą bramę Monasteru, wtargnąć do środka, pozabijać mnichów i ograbić ze wszystkiego, co można by było wymienić na złoto. Piraci wybrali Watopedzki Monaster ze względu na to, że był on „cesarskim” Monasterem, obficie obdarowywanym przez rodziny bizantyjskich cesarzy. Znajdowały się w nim liczne i bogate dary oraz wota składane za łaski hojnie zlewane przez Bogurodzicę na tym miejscu. Jaka siła mogła powstrzymać bandytów? Czy bezbronni mnisi, których jedyną bronią jest nieustanna modlitwa Jezusowa, obronią się sami przed krwiożerczymi ludzkimi bestiami? Plan napadu był przemyślany i powinien był się udać.

Ihumenia i Opiekunka świętej Góry nie dopuściła jednak do zrealizowania tego bezbożnego planu. Zadziałała sama z właściwą Jej wielką macierzyńską miłością dla pokładających w Niej ufność. Udaremniła w cudowny sposób plany bezbożników tak, jak nieustannie depcze Swą nogą głowę węża piekielnego i niweczy knowania sług szatana skierowane przeciw Cerkwi Jej Syna, Jezusa Chrystusa. Potrafi z najbardziej ukrytych i złośliwych planów szatańskich wyprowadzić dobro dla nawrócenia Jej dzieci i wzbudzenia w nich większej wiary i miłości.

Piraci oczekiwali w nadbrzeżnych krzewach, myśląc, że są dobrze ukryci i nikt ich nie widzi, jednak wszystkich ich obserwowała Królowa tej Góry, przed Której ikonę na audiencję w monasterskim katolikonie przyszli właśnie Jej rycerze – mnisi, aby odsłużyć Utrenię – Jutrznię. Po nabożeństwie bracia udali się do swoich cel na krótki odpoczynek po całonocnym staniu w cerkwi na nogach i całonocnych modlitwach „za swoje i wszystkich ludzi przewinienia...” W cerkwi pozostał sam ihumen, aby pomodlić się prywatnie i odmówić swoje modlitwy przed ikoną Bogurodzicy.

W pewnej chwili zaskoczyły go słowa Niewiasty skierowane do niego z ikony Bogurodzicy: „Nie otwierajcie dzisiaj bram Monasteru!” Ihumen wiedział, że w świątyni nie może przebywać kobieta. Popatrzył na ikonę Bogurodzicy i zamarł, gdy znów usłyszał głos płynący od Niej: „...lecz wejdźcie na mury Monasteru i rozgromcie rozbójników”. Oblicza Bogurodzicy i Jej Syna, którego trzyma na lewej ręce, ożyły w ikonie, która była typu Hodigitrii, czyli Przewodniczki, ukazującej prawą dłonią na Syna. Jezus Nauczyciel w lewej ręce trzymał zwój pisma jako Prawodawca, a prawą dłonią błogosławił jako Stwórca i Sędzia. Bogurodzica pochylona była lekko w kierunku Syna, ukazując prawą dłonią na Niego jako Prawdę, Drogę i Życie. Przed taką ikoną modlił się ihumen.

W momencie, kiedy ihumen usłyszał z ikony słowa „Rozgromcie rozbójników...” zauważył, że Jezus wyciągnął prawą rączkę i wierzchem dłoni zakrył usta Bogurodzicy aby nie mogła mówić. Dzieciątko Jezus zwracając się do Swej Matki powiedziało: „Nie, Matko moja! Nie mów im, niech będą ukarani!” Bogurodzica zaś starając się znów przemówić, uchwyciła Swą prawą dłonią rączkę Jezusa i zatrzymała ją, a oblicze Swoje odchyliła od Niego na prawo i znów dwukrotnie powiedziała te słowa: „Nie otwierajcie dzisiaj bram Monasteru, lecz wejdźcie na mury Monasteru i rozgromcie rozbójników!” Ihumen przerażony szybko zebrał wokół siebie wszystkich braci Monasteru i opowiedział im o wszystkim, co widział i słyszał z ust Bogurodzicy i samego Jezusa Chrystusa. Nie trzeba było nikogo przekonywać o prawdziwości słów ihumena, ponieważ wszyscy ze strachem Bożym ujrzeli, że ikona już nie wygląda tak jak poprzednio, lecz pozostała w nowej formie, tak jak widział ją ihumen.

Bogurodzica trzyma teraz prawą rączkę Jej Syna Swoją prawicą, a Jej oblicze pozostało odchylone na prawo. Strach, łzy wdzięczności i miłość do swojej Pocieszycielki i Obrończyni wypełniły serca mnichów. Oddali cześć Tej, Która znów dotrzymała słowa i obroniła Swoje ziemskie dziedzictwo i mieszkające w nim sługi. Jako Matka mająca śmiały dostęp do Swego Syna, wymogła na Nim ustępstwo, aby kochający Ją mnisi nie byli zawstydzeni w swej ufności, mimo swoich uchybień i swej grzeszności. W Kanie Galilejskiej też powiedziała na weselu do sług, wbrew Swemu Synowi: „Zróbcie wszystko cokolwiek Syn mój wam powie...” Wiedziała Bogurodzica, że Jej Syn, Jezus, nie odmówi Jej niczego i spełni Jej prośbę. On chce, aby prosić Go o łaski przez Jego Matkę. Mnisi ufający bezgranicznie swej Niebieskiej Opiekunce i tym razem nie zostali zawstydzeni w swej wierze i ufności.

Spełniając słowa Bogurodzicy, o świcie mnisi udali się na mury i odpędzili na morze rozbójników, którzy ze wstydem opuszczali ziemię Matki Bożej.

Do dziś po całej ziemi ta święta ikona nazywana jest „Pocieszeniem i Dobrą Radą” albo „Ukojeniem”. Dobrą radę dała mnichom Bogurodzica, aby uratować ich życie i Monaster przed ograbieniem, a dusze napełnić większą ufnością ku Bogu i Jej Osobie. Po tym wydarzeniu mnisi gorliwiej spełniali swoje obowiązki, a wszyscy mieszkańcy świętej Góry Atos zapałali większą miłością do swej Ihumenii i chwałę Jej głoszą do dziś po całym świecie.

Bogurodzica okazała się prawdziwym Pocieszeniem i nauczyła wszystkich, że każdy, kto do Niej uciekać się będzie z wiarą i ufnością choćby był zraniony grzechem, nie odejdzie od Niej zawstydzony, bez pomocy i pociechy. Ona sama pospieszy na modlitwy i ujmie się w błaganiach za nami przed majestatem Syna Swojego i Boga naszego, który będzie też Sędzią żywych i umarłych. Zabronił Swej Matce ostrzegać mnichów, bo powinni odebrać sprawiedliwą karę. Wyciągnął Swą karzącą prawicę wydając wyrok skazujący. Błagająca za narodem chrześcijańskim Przeczysta Dziewica uchwyciła tę prawicę i macierzyńską miłością utrzymuje ją w Swej dłoni do dziś, by Sędzia Sprawiedliwy – Jej Syn, nie karał mnichów Watopedzkich, nie karał nas grzesznych chrześcijan rozsianych po całym świecie i nie karał grzesznego świata. O jakże wielka jest miłość Matki Bożej do nas. Jakże przeogromna Jej troska o nasze zbawienie. Abyśmy i my nie zwątpili w Jej moc i miłość do nas, pozostała w tej Watopedzkiej ikonie jako Matka nieustannie powstrzymująca gniew Boży na nas skierowany. Wzywa nas przez to do współpracy w dziele zbawienia. Jej macierzyńskie oczy zdają się wołać: „Pomóżcie mi dobrym życiem, modlitwą, postem i jałmużną, pomóżcie mi ofiarnym noszeniem waszego krzyża, abym mogła nieustannie powstrzymywać karzącą dłoń Mego Syna”.

Ikona Watopedzkiej Bogurodzicy niesie nie tylko mnichom na Atosie, ale i nam wszystkim pocieszenie i udziela dobrych rad w czasie ogólnego zamętu i chaosu, gdy chrześcijanie tracą Jezusa Chrystusa z pola widzenia, wstydzą się krzyża, przestają uważać Chrystusa za Boga, powątpiewają w Jego Zmartwychwstanie, nie wierzą w piekło i wieczną karę ognia, usprawiedliwiają grzech, a kłanianie się demonom uważają za „zbieranie ziaren prawdy” rozsianych po różnych bałwochwalczych religiach. Odchylone oblicze Bogurodzicy i Jej dłoń wciąż dzierżąca prawicę Chrystusa Sędziego zaprasza słabych i pozbawionych ufności chrześcijan, a może i zdrajców z różnych przyczyn zapierających się Chrystusa i Jego Ewangelii, aby przyszli do Niej, aby Jej zaufali. Ona obroni ich przed duchowymi piratami, przed fałszywymi prorokami, przed lwem ryczącym wokoło, który szuka, kogo pożreć, by zniszczyć Cerkiew Jej Syna. Jej oczy zdają się mówić: „Nie bójcie się piratów, którzy zabić mogą ciało, ale Tego, który i duszę i ciało może wrzucić w ogień piekielny”. Jak niegdyś uratowała Bogurodzica swą matczyną miłością mnichów Watopedzkich, tak dziś ratuje Cerkiew i jej dzieci od atakującego nas zła. O wiele gorsi i niebezpieczniejsi piraci nam dziś zagrażają, ponieważ żyją wśród nas i czasem są doskonale zamaskowani, aby przed czasem nie ukazała się ich „łukawa podmiana chrześcijaństwa”.

My, prawosławni chrześcijanie, wierzymy, że Jezus Chrystus nie odmawia prośbom Swej Matki, my pragniemy się zbawić pomimo tego, że świat dzisiaj ośmiesza życie mnisze, życie w czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Świat kocha grzech, świat nienawidzi ludzi „nie z tego świata”. To nic, że tak zwani postępowi chrześcijanie, lewosławni, nazwą nas ciemnogrodem albo oskarżą o przesadny kult Bogurodzicy. Ona zawsze pozostanie Matką Boga, świętą Bożą Theotokos, a nie „Maryją”, czy „Dziewczyną z Nazaretu” jak obecnie nazywają Ją zeświecczeni chrześcijanie. Odpowiedź dla pseudo-chrześcijan jest jedna, a jest nią ziemska własność Bogurodzicy – święta Góra Atos i widomy znak Jej Opieki, święta Watopedzka ikona.  Czy ktokolwiek ufający Bogurodzicy ma problemy z wiarą? Czy ktokolwiek ktokolwiek szczerze Jej ufając i powierzając swe życie nie wierzy w Chrystusa, Jego Boskość i Zmartwychwstanie? Czy Bogurodzica w wielu Swych ikonach nie ukazuje prawicą na Swego Syna jako Jedyną Prawdę, Drogę i Życie? Problemy z wiarą mają ci, którzy bluźnią Jej imieniu, szargają Jej Dziewictwo i Boże macierzyństwo oraz nie wierzą we wstawiennictwo Matki u Syna i Boga naszego.

Kto miliony prawosławnych chrześcijan w czasie szalejącej bezbożnej rewolucji bolszewickiej prowadził do męczeństwa za wiarę prawosławną? Kto ogrzewał ich serca w lodach Syberii, na Sołowkach, w łagrach? Kto uczył modlić się za wrogów zbawienia, za ludzkie bestie sprzedane szatanowi? Kto ofiarował Bogu morze chrześcijańskiej krwi przelanej za ratunek świata? Czy zmaterializowane i racjonalne chrześcijaństwo zachodnie, tańczące do protestanckiej muzyki, wstydzące się coraz częściej mówić o Bogurodzicy, wstydzące się oddawać Jej cześć, gardzące Jej macierzyńską miłością? Krew przelewał ruski, prawosławny naród wpatrzony w blask świętych ikon Jezusa Chrystusa, Bogurodzicy i setek świętych. Święte ikony nauczyły prawosławnych ofiarnej miłości i płomiennej wiary zdolnej złożyć życie w ofierze dla Królestwa Bożego. Niech świat uczciwie na to odpowie, kto może dzisiaj przynieść ratunek udręczonej ludzkości. Opieka Bogurodzicy nad Atosem nie ustała. Ona przenosi się z Atosu w różne miejsca na świecie, które wybiera na oazy, w których będzie poić spragnionych czystą wodą Jej Syna.

IV. Kopia Watopedzkiej ikony zawędrowała do Ujkowickiego Monasteru 21 stycznia 1998 roku

Dnia 21 stycznia według starego kalendarza, a 3 lutego według nowego stylu Cerkiew Prawosławna, a w szczególności mnisi na świętej Górze Atos w Watopedzkim Monasterze oddają cześć Bogurodzicy w Jej ikonie „Pocieszenia i Dobrej Rady”.

Z niepojętych Bożych wyroków i macierzyńskich planów Bogurodzicy, które przed nami są do końca ukryte i niepojęte, Watopedzka Bogurodzica przywędrowała w swej cudownej ikonie „Pocieszenia i Dobrej Rady” do naszego Cyrylo-Metodiańskiego Monasteru.

W styczniu 1998 roku do Monasteru w Ujkowicach przyjechało prawosławne małżeństwo z chłopcem i dziewczynką i oznajmili, że przybyli aż z Białegostoku. Akurat skończyliśmy Wieczernię w naszej monasterskiej cerkwi. Przybysze powiedzieli, że jest z nimi jeszcze ktoś, kto pozostał w samochodzie. Byliśmy ciekawi, kto pozostał na zewnątrz i nie wszedł z nimi do świątyni. W odpowiedzi goście z Białegostoku wnieśli do świątyni ikonę Bogurodzicy Watopedzkiej, a wraz z nią dziwną atmosferę nieopisanego pokoju i radości. Jeden rzut oka i już wiedzieliśmy, co to jest za ikona, choć dokładnej historii jej oryginału na Atosie nie znaliśmy.

Ikona została ustawiona pośrodku cerkwi na podwyższeniu, zapalono przed nią świece, ozdobiono wyszywanym ręcznikiem i odsłużono przed nią Akatyst. Atmosfera radości zapanowała w naszym Monasterze. Odczytaliśmy na ikonie napisy w starocerkiewno-słowiańskim języku umieszczone w górnej części ikony: „Obraz Preswiatyja Bogorodycy Otrady ili Utiszenija”.

Na pierwszy rzut oka widać, że ikona jest stara, od połowy w dół dosyć zniszczona przez całowanie ją przez wiernych, co świadczy o oddawaniu jej żywej czci przed przybyciem do Ujkowic. Ikona napisana jest na ciężkiej cyprysowej tablicy o wymiarach 87,5 cm wysokości, 61,5 cm szerokości oraz grubej na 3,5 cm. Sklejona jest z czterech desek złączonych dwoma poprzecznymi szpongami wpuszczonymi w deski „na jaskółczy ogon”. Szpongi wystają z tablicy na wysokość kilku centymetrów. Poszczególne deski złączone są ze sobą jeszcze małymi kawałkami drewna w kształcie dwóch trójkątów zwróconych do siebie wierzchołkami, ukrytymi w deskach na linii ich łączenia. Jest ich razem dziesięć: trzy nad górną szpongą, po jednym na każdym łączeniu, trzy pod dolną i też po jednym na każdym łączeniu, a między szpongami dwa kawałki na środkowym łączeniu i po jednym na łączeniach bocznych. Mają one za cel razem ze szpongami zapobiegać tworzeniu się szpar przy pracy desek w razie nadmiernej wilgotności lub wysuszenia.

Sądząc po stylu ikona nosi cechy szkoły atoskiej z XVII-XVIII stulecia. Prawdopodobnie była napisana w Monasterze Watopedzkim lub św. Pantalejmona dla Rosji. Gdzie się znajdowała, w jakim monasterze czy cerkwi, nie wiadomo. Jedno jest pewne, że wyrwana przez bezbożną rewolucję bolszewicką z miejsca, gdzie odbierała cześć, ukryta przed zniszczeniem, doczekała się czasów pierestrojki. Ta jednak nie była łaskawa dla wielu ikon uratowanych przed bezbożnym bolszewizmem. W końcu XX wieku wystawiono na sprzedaż i licytację tysiące ikon, wywożono i przemycano je na Zachód w przeróżny sposób jako łatwy sposób zdobycia fortuny. Setki ikon przechwyciły straże graniczne, a przygraniczne muzea zapełniły się świętymi wizerunkami najczęściej upychanymi w składach i piwnicach, bez najmniejszych oznak czci. Na Zachodzie nastała moda na ikony. Nowobogaccy idąc za głosem mody chcieliby mieć „ruskie obrazy”, aby zdobiły ich salony, by móc nimi pochwalić się przed gośćmi.

Podobny los miał być zgotowany i naszej świętej ikonie Watopedzkiej. Jak dotarła ona do Ujkowic, opowiedzieli nam prawosławni białostoczanie, którzy cudem wykupili ikonę i przekazali Ujkowickiemu Monasterowi. Oto historia przybycia kopii cudownej Watopedzkiej ikony z Rosji. Pewien młody człowiek pojechał do Moskwy i chodził po bazarze, gdy jego wzrok przykuła pewna ikona wystawiona na sprzedaż. Bardzo mu się spodobała, poczuł w sobie pragnienie, by ją kupić. Ale zaraz przyszło opamiętanie, rozsądek podpowiadał mu, że nie będzie w stanie jej przewieźć do Polski. Takiej dużej i ciężkiej ikony nie można przecież nigdzie ukryć. Z żalem, że jej nie kupi, mężczyzna pojechał na inny bazar i cóż tam zobaczył? Znów ta sama ikona, z której smutne oczy Bogurodzicy błagają: „Zabierz mnie stąd, pojadę z tobą!” Znów ów człowiek pomyślał: „O nie! Nie dam się nabrać na kupno takiej wielkiej ikony. Odbiorą mi ją na granicy. To prawda, że jest piękna i szkoda jej tu, na tym targowisku. Chciałoby się zaoszczędzić jej tej tułaczki i poniewierki, ale nie..., i tak przecież jej nie można przewieźć...”

Mężczyzna pojechał na trzeci bazar i tu zawalił się jego świat. Znowu patrzy na niego Matczyne Oblicze i wlewa w niego spokój, błagając jednocześnie: „Zabierz mnie stąd ze sobą!” Teraz już nie rozważał swych możliwości, lecz pokornie uznał siłę wyższą i przekonał się, że przeznaczone mu jest wracać z tą ikoną.

Do Białegostoku przywiózł ikonę bez problemu. Pokazał ją swojej znajomej, która zauroczona wdziękiem Bogurodzicy patrzącej z tej ikony zapragnęła mieć ją u siebie. Wykupiła ikonę i postawiła w swym pokoju. Jak opowiada, po pewnym czasie miała sen w którym Bogurodzica z tej ikony powiedziała do niej: „Masz mnie oddać!” Ale gdzie, tego kobieta nie zapamiętała. Z czasem zapomniała o tym rozkazie Bogurodzicy, ale sen znów się powtórzył i był ten sam głos: „Masz mnie oddać!” Teraz kobieta na serio potraktowała prośbę Bogurodzicy i szukała sposobności jak i komu oddać ikonę. Proponowano do Monasteru Supraskiego lub do którejś z nowo budujących się cerkwi w Białymstoku. W końcu właściciele ikony postanowili udać się do Warszawy i zapytać o radę Metropolitę Bazylego. Przybyli do Warszawy w czasie, gdy Jego Błażeństwo Bazyli przebywał w szpitalu. Poproszony o wskazanie najlepszego miejsca dla ikony, metropolita odpowiedział bez namysłu: „Jak to gdzie? Do Ujkowic!” Teraz nie było już wątpliwości. Jeszcze tego samego dnia wprost z Warszawy przyjechali do Ujkowic z ikoną i przekazali ją Monasterowi św. Cyryla i Metodego. Metropolita Bazyli po kilku dniach przeszedł do wieczności i zakończył czas służenia Cerkwi Prawosławnej w Polsce.

Zakończył się też czas tułaczki i poniewierki, trzymania za szafą, w piwnicach czy na strychach świętej ikony Watopedzkiej. „Nie zapala się światła i chowa pod łóżko...” Nie można było dłużej takiej świętości ukrywać przed światem. Przyszedł czas zajaśnienia na ujkowickiej górze i objawienia się chwały Bogurodzicy, zgodnie z przepowiednią Mikołaja Kani, który w Ujkowicach na piętnaście lat przed osiedleniem się mnichów przepowiadał, że „Zajaśnieje tu na górze Matka Boża i będzie tu monaster, chyba, że Jej nie ma!”

Aby każdy miał dostęp do tej świętej ikony Pocieszenia i Dobrej Rady, umieszczono ją na ścianie po prawej stronie ikonostasu i zapalono oliwną lampę na znak wdzięczności za przybycie do monasteru. Lampa ta płonie dzień i noc. A od przybycia pielgrzymki z Moskwy w listopadzie tego roku, lampa płonie zapalona świętym ogniem paschalnym z Jerozolimy. Pielgrzymi jadąc do Polski zabrali ze sobą święty ogień i przekazali go Monasterowi w Ujkowicach w czasie modlitw przed Watopedzką ikoną. Mnisi każdego dnia schodzą się do monasterskiej cerkwi na modlitwy poranne i czynią najpierw pokłony i całują ikonę swej Ihumenii z Atosu. Podobnie postępują wieczorem, gdy kończą wszystkie modlitwy w cerkwi i mają się udać na spoczynek, ostatnie pokłony, ostatni pocałunek i błogosławieństwo na spoczynek przyjmują od swej Ihumenii. Świadomość obecności Bogurodzicy w Ujkowickim Monasterze w Jej ikonie Watopedzkiej napełnia serca mnichów bezgraniczną miłością do Bożej Matki. Ufają w Jej Opiekę nad Cyrylo-Metodiańskim Monasterem tak, jak od wielu, wielu lat czynią to mnisi na świętej Górze Atos i w Watopedzkim Monasterze. Bogurodzica obiecała świętemu Piotrowi Atoskiemu: „Jeśli z całej swej duszy będą z bojaźnią Bożą spełniać Boże przykazania, ja sama wyjednam im, by stali się godni najwyższej łaski...” Dlatego mnisi w Ujkowicach wierzą, że w dzisiejszych czasach Bogurodzica wychodzi z Atosu przez Swoje święte ikony między lud chrześcijański na całej ziemi, by ratować dusze ludzi Jej wiernych i wzywać do pokuty. Wiele ikon z Atosu w ostatnich czasach zajaśniało w różnych częściach świata, na przykład Iwierska Ikona w Montrealu, czy kopie Watopedzkiej Ikony „Pantanassa” w Rosji i w Polsce. Przybycie starej, cudownej kopii Watopedzkiej ikony do Ujkowic nie jest przypadkiem, lecz ściśle określonym zamierzeniem w planach Przeczystej Bogurodzicy, tak jak ściśle określony był przez Nią plan budowy Monasteru w Ujkowicach. Ona sama wybiera tylko odpowiedni na to czas, ludzi i miejsce, aby okazać Swoją wszechmoc i macierzyńską do nas miłość.

11/24 maja Monaster uroczyście świętuje pamięć świętych Równych Apostołom Cyryla i Metodego, którzy przeszło 1100 lat temu przynieśli światło wiary Chrystusowej na Wielkie Morawy, w których skład wchodziła ziemia przemyska wraz z Przemyślem. W 1998 roku na uroczystości monasterskie przybyła autokarem grupa pielgrzymów między innymi z Białegostoku i Hajnówki. Wszyscy dzień wcześniej uczestniczyli w całonocnym nabożeństwie, spowiadali się i przystąpili do świętej Eucharystii. Wszyscy składali zapiski za żywych i zmarłych z prośbą, aby mnisi modlili się w Monasterze nie tylko raz w czasie święta, ale dłużej, przed ikoną „Pocieszenia i Dobrej Rady”. Jedna z pątniczek białostockich prosiła o molebień przed ikoną Watopedzkiej Bogurodzicy za umierającego na raka męża, któremu lekarze w szpitalu białostockim dawali dwa tygodnie życia. Ojciec Atanazy podał kobiecie oliwę z lampy, która nieustannie płonie przed Watopedzką ikoną, by namaścić nią ciało chorego mężczyzny. Za dwa tygodnie mnisi otrzymali list z Białegostoku pełen radości i wdzięczności dla Bogurodzicy za uzdrowienie męża z raka. Wdzięczna żona prosi o molebień dziękczynny i informuje, że mąż cały i zdrowy wrócił do domu. W czasie pobytu na świętej Górze Grabarce w tym samym roku, kobieta w obecności mnichów z Ujkowic i innych duchownych opowiedziała tę historię. Byli również obecni przy tym ofiarodawcy ikony z Białegostoku. W ich oczach w czasie słuchania tej historii były łzy...

Przed cudowną ikoną Watopedzką w Ujkowickim Monasterze modliło się już wiele osób z Polski, Ukrainy, Ameryki, Słowacji i Czech. Tylko w 1999 roku odwiedziło Monaster około tysiąca osób indywidualnie i grupowo, nie licząc pielgrzymów przybyłych na doroczne święto Cyryla i Metodego 11/24 maja. Kilka osób otrzymało całkowite uleczenie z raka, gdy sami przybyli z pielgrzymką przed świętą ikonę, lub listownie prosili mnichów o modlitwę wstawienniczą za nich przed ikoną „Pocieszenia i Dobrej Rady”. Codziennie mnisi czytają przed ikoną długą listę imion ludzi z całego świata chorych na raka i na różne inne choroby. Lista ta wciąż się wydłuża.

V. Dowody Opieki Przeczystej Bogurodzicy nad Ujkowickim Monasterem

Od samego powstania Monasteru na górze w Ujkowicach ścierają się dwie siły w walce o jego istnienie. Przejawiło się to w wielu atakach ludzi wrogo nastawionych do Monasteru, którzy nie wahali się nawet próbować zniszczyć Monaster i wypędzić mnichów. Ludzie ci, podobni do piratów napadających na Watopedzki Monaster, pragnęli zagarnąć mienie mnichów a ich samych wygnać z ziemi przemyskiej. Zaczęło się wszystko od jesiennego dnia 1986 roku, gdy ojcowie Nikodem i Atanazy umieścili ikonę Bogurodzicy nad wejściem ganku prowadzącego do tymczasowej cerkwi w stodole. Szły drogą trzy kobiety. Zatrzymały się na widok ikony Bogurodzicy, pomodliły się i wtedy jedna ze łzami powiedziała: „Prawdę mówił Mikołaj Kania, że na tej górze zajaśnieje Matka Boża i że będzie tu Monaster”. Wśród tych kobiet była córka Mikołaja Kani, a obecnie matka mantijnego mnicha z Ujkowic – Mikołaja. Ojcowie, gdy przybyli do Ujkowic z zamiarem założenia Monasteru, nic o tej przepowiedni pobożnego Mikołaja Kani nie wiedzieli. Szukali miejsca na Monaster od 29 czerwca 1984 roku do 5 lipca 1986 roku. Ujkowice były 43 miejscem w poszukiwaniach lokalizacji Monasteru. Kiedy stanęli na ujkowickiej górze w pamiętny dzień 5 lipca 1986 roku – a Cerkiew czci w tym dniu św. Atanazego z Atosu, założyciela Wielkiej Ławry – po minucie już wiedzieli i czuli w sercach, że TO TUTAJ. Nie trzeba było innych dowodów, że Monaster ma być właśnie tu. Wewnętrzne przekonanie i duchowy głos mówił ojcom, że Monaster ma być na tej górze. Pertraktacje z właścicielem działki, na której stała niedokończona stajnia i stara stodoła, trwały raptem 5 minut. Kontrakt notarialny podpisano 24 lipca 1986 roku, dokładnie 200 lat od zniszczenia ostatniego prawosławnego Monasteru na Halickiej Ziemi, Maniawskiego Skitu. Czyżby przypadek? W świecie rządzonym przez Bożą Opatrzność nie ma przypadków.

Dobro sprawy wymagało dyskrecji, aby nikt nie przeszkodził w zakupie ziemi pod Monaster w czasach niepewnych ekonomicznie i politycznie. Według późniejszych relacji wielu osób zdziwionych faktem zakupu ziemi pod Monaster wynikało, że jeden z największych pijaków w Ujkowicach nie zdradził się ani słowem, że sprzedaje mnichom ziemię. Milczał jak grób by nie przeszkodzić planom Bogurodzicy. Rozpoczął walkę z mnichami dopiero, gdy minęły urzędowe dwa tygodnie i kiedy gmina Przemyśl dowiedziała się o kupnie ziemi przez mnichów. Wciągnięto w plan wypędzenia mnichów władze kościelne, gminne, radę parafialną Kościoła rzymskokatolickiego w Ujkowicach i byłego właściciela. Musiał tłumaczyć się wszystkim, dlaczego „polską ziemię sprzedał ruskim Krzyżakom”.

Miłość „siostrzanych” braci

Ataki na Monaster rozpoczął biskup rzymskokatolicki w Przemyślu, Ignacy Tokarczuk, który już 3 maja 1985 roku na Jasnej Górze domagał się, aby mnisi nie osiedlali się na „jego terytorium”. Po osiedleniu się mnichów w Ujkowicach wezwał ich do siebie i zagroził wyrzuceniem z jego diecezji. Mnisi oświadczyli, że nie są członkami Kościoła rzymskokatolickiego i nie przyszli prosić o pozwolenie na budowę Monasteru, bo go nie potrzebują, lecz pragną tylko powiadomić miejscowego biskupa o rozpoczęciu działalności na górze w Ujkowicach. Warto przy okazji wspomnieć o piśmie z kurii przemyskiej do sądu w Przemyślu „o unieważnienie kontraktu obywatela Ryszarda Makary (ojca Nikodema), który nabył ziemię we wsi Ujkowice nr 110, z zamiarem budowy grekokatolickiego Monasteru, a zgodnie z postanowieniami Synodu Lwowskiego byłym grekokatolikom w Polsce nic nie wolno posiadać lub nabyć bez wiedzy i zgody Polskiego Kościoła rzymskokatolickiego. W związku z tym kuria rzym.-kat. w Przemyślu wnioskuje o przejęcie gospodarstwa obywatela Makary na własność Kościoła rzym.-kat. lub na skarb państwa...” (!) Tu ojcowie poznali prawdziwą miłość chrześcijańską kurii przemyskiej do uniatów i do mnichów z Ujkowic. Nauczyli się szukać pomocy tylko u Bogurodzicy, ponieważ u rozpolitykowanych biskupów jej nie znaleźli. Owocem tego pisma była wizyta urzędników z Przemyśla, którzy przybyli do Monasteru mieszczącego się w stodole i zażądali dokumentu od biskupa erygującego Monaster. Na widok dokumentu Władyki Wladymira Tarasewicza z Chicago, wizytatora Apostolskiego dla Białorusinów mieszkających poza Białorusią, urzędnicy stwierdzili: „Przecież Monasteru nie eryguje grekokatolicki biskup ukraiński, ale białoruski. Możecie ojcowie śmiało budować. Postanowienia Synodu Lwowskiego, na które powołuje się kuria przemyska, was nie dotyczą”.

Od roku 1980 do 5 czerwca 1984 ojcowie Nikodem i Atanazy przebywali w Nazarecie w Ziemi Świętej i w Chicago w USA i należeli do Cerkwi Ukraińskiej. Dnia 6 czerwca 1984 r. przyjął ich do swojej jurysdykcji personalnej biskup białoruski Wladymir Tarasewicz. On właśnie wydał dokument erygujący Monaster na prawach stauropigialnych „sui iuris”, który oglądali urzędnicy z Przemyśla. Czy to znowu przypadek, czy raczej realizacja planu Przeczystej Bogurodzicy w zaistnieniu Monasteru w Ujkowicach? Gdyby ojcowie Nikodem i Atanazy nie posiadali wtedy dokumentu białoruskiego biskupa, może nie byłoby dziś Monasteru w Ujkowicach. Są przekonani, że nad wszystkim tym czuwała sama Bogurodzica, aby nikt z ludzi nie przeszkodził w zrealizowaniu Jej planów zajaśnienia na ujkowickiej górze i budowy poświęconego Jej Monasteru, którego roli w przyszłości nie jesteśmy w stanie pojąć.

„Protest mieszkańców wsi Ujkowice przeciwko mnichom”

Ogromna nienawiść do Monasteru i mnichów budujących monaster przejawiła się w słynnym „proteście mieszkańców wsi Ujkowice przeciwko mnichom” z dnia 19 sierpnia (na Spasa) 1988 roku, w czasie obchodów tysiąclecia chrztu Rusi Kijowskiej. Trzynastu członków komitetu protestacyjnego, z których dziesięć było pochodzenia grekokatolickiego, zaczęło objeżdżać traktorami i wozami drogi Ujkowic z hasłem „Protest mieszkańców wsi Ujkowice przeciwko mnichom”. Były też polskie flagi z czarną wstążką na znak protestu i hasła umieszczone wzdłuż drogi: „Precz z mnichami”, „Nie chcemy zwaśnionej wsi”, „Uszanujcie nasze prawa”, „Nie niszczcie dorobku pokoleń”. Pisała je nauczycielka ze szkoły w Ujkowicach,   „niosąca kaganek oświaty pod wiejskie strzechy”. Były wydane też dwie uchwały komitetu protestacyjnego pełne kłamstw i oszczerstw pisanych pod adresem mnichów. Fragment jednej z nich, dzisiaj brzmiący humorystycznie, cytujemy poniżej: „Jak Krzyżacy grabią ziemie Polskie w ramach chrystianizacji, jak Wandale niszczą znaki drogowe, nie szanują naszych praw, grożą mieszkańcom Ujkowic rozbiórką domów i wywózką, mają manię ludzi wywyższonych i realizują plany z trudnego dzieciństwa, nie brali udziału w wojnie i nie zasłużyli się dla dobra Ojczyzny, zakupili gospodarstwo rolne z zamiarem budowy fabryki czekolady a potem przywdziali habity i zmienili postać rzeczy, uznano ich za osoby zbędne i nieprzydatne dla wioski, nie chcemy tu żadnych mnichów i hinduskich zaklinaczy węży”.

Dziś, z perspektywy czasu, ojcowie inaczej oceniają te wypowiedzi. W roku 1988 atmosfera w Ujkowicach nie była dla nich przyjemna, zwłaszcza, że autorami tych uchwał i zawartych w nich epitetów byli miejscowi katolicy. To oni za zgodą kurii przemyskiej kierowali całym protestem. Rano 19 sierpnia, w dniu protestu ich proboszcz wyjechał z Ujkowic na dwutygodniowy urlop. Rzucanie kamieniami, plucie i wyzywanie od żydów miało miejsce prawie przy każdym przejeździe ojców przez Ujkowice. Te prześladowania osiągnęły swoje apogeum 18 sierpnia.

W tym dniu wieczorem poinformowano ojców, że wioska szykuje na jutro protest i że będą rozwalane mury a mnisi będą wypędzeni. Dwóch bezbronnych ojców postanowiło w takiej sytuacji zwrócić się do policji o pomoc. Około godziny jedenastej w nocy udali się do Przemyśla na komisariat. Wchodząc z korytarza do dyżurki dyżurnego oficera spotkali kobietę, która właśnie stamtąd wychodziła. W drzwiach popatrzyła z uśmiechem na zmartwione twarze ojców i powiedziała po ukraińsku: „Sława Isusu Chrystu”. Nie czekając na odpowiedź powiedziała dalej: ”Chto z Bohom, tomu Boh dopomoże!” I wyszła z budynku na ulicę. Dopiero w drodze powrotnej do Monasteru, około godziny pierwszej w nocy, do ojców dotarło to duchowe przesłanie od Bogurodzicy: „Dlaczego wy mnisi szukacie obrony na policji? Przecież oddaliście mi Monaster jako ziemską własność w dniu zakupu ziemi. Dlaczego nie ufacie mi, że ja sama będę go bronić przed ludźmi, którzy chcą go zniszczyć?” W serca mnichów wypełnione smutkiem i strachem z powodu mającego się odbyć najazdu wstąpił w tym momencie Boży pokój, odwaga i świadomość obecności przy nich Włodarki Niebieskiej, Bogurodzicy. Do dziś ojcowie są święcie przekonani, że tą Kobietą spotkaną na policji w Przemyślu była sama Bogurodzica.

Rano, po świętej Liturgii, spokojnie wypełniali swoje obowiązki. W czasie najazdu stanęli we dwóch w niedokończonej bramie, gotowi na wszystko, co może się zdarzyć. Kilka traktorów z wozami zajechało drogą przed Monaster nie zatrzymując się. Na pierwszym wozie siedział kościelny jako przedstawiciel parafii rzym.-kat. z Ujkowic. Na wozach były drabiny i drągi. Na każdym z wozów siedziało po kilku mężczyzn. Trzymali też polskie flagi z czarną wstążką, które rozdawali mieszkańcom Ujkowic na znak protestu. Na widok stojących w bramie ojców czyniących na sobie znak krzyża, wielu mężczyzn odwracało twarze. Tylko jeden wypiął tyłek w ich kierunku klepiąc się w niego. Kolumna traktorów nie zatrzymała się przed Monasterem. Flagi wisiały na kilkudziesięciu domach przez cały rok, aż zostały zniszczone przez deszcze i śniegi. Na dwieście pięćdziesiąt numerów w Ujkowicach w dniu protestu wisiało na domach około 50 flag.

Wiele osób z czynnie protestujących było chrzczonych w cerkwi w Ujkowicach. Do roku 1945 w Ujkowicach było około 550 wiernych chodzących do cerkwi. W marcu 1946 roku został zabity osiemdziesięcioletni ksiądz Iwan Sorokewycz, proboszcz grekokatolicki w Ujkowicach. Po zabójstwie kapłana i jego żony, Katarzyny, mordercy rozebrali ich do naga, położyli jedno na drugim i związali drutem kolczastym. „Ściany i podłoga zalane były krwią, na podłodze leżały rozrzucone metryki cerkiewne...” - wspomina mieszkanka Ujkowic, która rano po zabójstwie oglądała tę straszliwą scenę. Zabójcy przenieśli metryki cerkiewne do Kościoła rzym.-kat., aby przez to stać się Polakami i uchronić się przed wywózką na Wschód. Tacy „Polacy” nąjgorliwiej zwalczali ojców w Ujkowicach, bo przypominały im się czasy wojenne i morderstwo kapłana. Ruiny cerkwi w Ujkowicach miały się rozsypać, a „ruska wiara” miała nigdy już nie wrócić na te ziemie. Widok dwóch kapłanów we wschodnich, mniszych szatach wywoływał bolesne wspomnienia z przeszłości i wyrzuty sumienia, przypominał o pochodzeniu religijnym i narodowym. U bardziej obciążonych zbrodniami „janczarów religijnych” – duchownych czy świeckich, rodziła się nienawiść i pragnienie wypędzenia ojców za wszelką cenę. Ojcowie wiedzieli o tym już od dawna, dlatego jedyną ich obroną przed takimi ludźmi była ufność w potęgę Bogurodzicy. Ludzie świeccy nie rozumieli źródła nienawiści do ojców. Najbardziej przykre jest to, że całą akcją, umiejętnie manipulując uczuciami ludzi zwichniętych religijnie, kierował lokalny Kościół rzym.-kat. Ludzie ci zostali specjalnie dobrani do komitetu protestacyjnego, aby zmyć „grzech ruskiego pochodzenia” i wykazać się prawdziwą lojalnością względem swojego biskupa i proboszcza.

Podczas świąt Zaśnięcia Bogurodzicy w prawosławnej parafii w Kalnikowie na obchodach tysiąclecia Chrztu Rusi, prawosławny Władyka Przemysko-Nowosądecki Adam (Dubec) powiedział do ojców Nikodema i Atanazego: „Nie wińcie ojcowie ludzi w Ujkowicach, oni naprawdę nie wiedzą, co czynią, oni nie są odpowiedzialni za ten protest. Wyście już wygrali, bo zostaliście w Ujkowicach.” Ojcowie odpowiedzieli z przekonaniem: „To nie nasza zasługa, że zostaliśmy pomimo ataków całej potęgi przeciwnika, to dzieło i zasługa Przeczystej Bogurodzicy.” Przypomniało się ojcom, co powiedział biskup Ignacy Tokarczuk w dniu pierwszej wizyty ojców w kurii przemyskiej w 1984 roku: „Jeżeli jest to dzieło Matki Bożej, to Ona wrogów zaprzęgnie i Monaster powstanie...”. Wypowiedział te słowa jako biskup, ale nie myślał widocznie o tym, że on sam stanie się pierwszym wrogiem i zapoczątkuje protest, że zabroni duchowieństwu rzym.-kat. i grekokat. z diecezji przemyskiej kontaktowania się z ojcami w Ujkowicach.

„To prawda, – mówią ojcowie – że taka postawa biskupa rzym.-kat. i duchowieństwa przemyskiego bardzo nas bolała, ale byliśmy świadomi, że Boże dzieła należy okupić cierpieniem. Prosiliśmy tylko Bogurodzicę, abyśmy wytrzymali duchowo i fizycznie na stanowisku w Ujkowicach, na którym z woli samej Bogurodzicy wypadło nam zakwitnąć i przynieść owoce”.

Kartka na ołtarzu

O tym, jak Bogurodzica uświadomiła mnichom, że broni Monasteru w Ujkowicach, niech opowie to świadectwo. Po protestach ojcowie otrzymali list z Ameryki, w którym znajomy człowiek opisuje takie przeżycie: „Napiszcie mi, ojcowie, co się dzieje u was w Monasterze, ponieważ przez kilka nocy mam ten sam sen. Z ołtarza w waszej cerkwi szatan chce zabrać jakąś kartkę, strasznie się złości i skacze wkoło, ale nie może jej zabrać, ani zbliżyć się do ołtarza...” Nie zdziwiła ojców ta wiadomość z Ameryki, ponieważ wcześniej ojcowie położyli na ołtarzu uchwałę nr l i nr 2 komitetu protestacyjnego w Ujkowicach, a na nich położyli cząstkę relikwii Krzyża Świętego, relikwie świętego Antoniego Wielkiego, św. Jana Złotoustego, św. Bazylego i św. Barbary. Te relikwie przywieźli ze sobą wraz z odpowiednimi dokumentami stwierdzającymi ich autentyczność, gdy osiedlali się w Ujkowicach. Podczas pobytu w USA ojcowie odwiedzili jeden z żeńskich monasterów. Jedna z mniszek opowiedziała ojcom o swoim zaufaniu do Matki Bożej. Przytoczyła przykład Opieki Bogurodzicy nad ich Monasterem w czasie wyboru ihumenii. Jedna z mniszek w czasie wyborów zapisała imiona kandydatek i kartkę włożyła pod ikonę Bogurodzicy. W nocy miała sen. Śniło jej się, że szatan wściekle wykrzykiwał do niej: „Coś ty zrobiła? Dlaczego położyłaś tę kartkę pod tę ikonę? Ja miałem swoją kandydatkę, a teraz Ta z ikony nie pozwala mi zrealizować mojego planu. Ona teraz wszystko przejęła w Swoje ręce”.

To opowiadanie starszej mniszki dobrze zapamiętali ojcowie. Ufając bezgranicznie Bogurodzicy w Jej Opiekę, zrobili to samo. Położyli uchwały protestacyjne na ołtarzu i przycisnęli świętymi relikwiami. Nazajutrz rano otrzymali potwierdzenie słuszności swojego czynu. Oto w drodze do Przemyśla mijając samochodem najaktywniejszego działacza protestu zauważyli, że na ich widok klęknął w przydrożnym rowie i parodiując zaczął czynić na sobie znak krzyża. W odpowiedzi na to ojciec Nikodem powiedział do ojca Atanazego:

„Widzisz kogo gniecie krzyż, kto się zdradził?” Najważniejszy prowodyr protestu, a według świadków z Ujkowic prowodyr grupy, która 19 marca, w dzień świętego Józefa (wg kalendarza łacińskiego), zabiła w Ujkowicach grekokatolickiego proboszcza Iwana Sorokewycza. To był rzeczywiście znak dla ojców, że trzeba cierpieć zniewagi i ataki szatana kierowane pod adresem ojców i Monasteru przez złych ludzi. Jednocześnie ojcowie mieli świadomość obecności w Monasterze i sercach mnichów Bogurodzicy, która zdawała się mówić: „Wytrzymajcie jeszcze trochę i pocierpcie dla dobra Monasteru i zbawienia waszych dusz. Wasze cierpienia duchowe potrzebne są dla okupienia tego dzieła. Pomogę wam, jeżeli będziecie mi wierni. Nie wińcie ludzi, bo źródłem ataków na was jest sam szatan, wróg rodzaju ludzkiego i wróg waszego zbawienia”.

Czy wrogów ma spotkać kara Boża?

W odpowiedzi na to wewnętrzne wezwanie Bogurodzicy ojcowie bardzo często, w najbardziej przykrych dla siebie momentach i atakach ze strony mieszkańców Ujkowic, czytali po Liturgii egzorcyzmy o wyrwanie ludzi czyniących im zło ze szpon szatana. Niedługo trzeba było czekać na reakcję. Któregoś dnia przyszedł do Monasteru oficer policji z Przemyśla i w rozmowie z ojcem Nikodemem niespodziewanie zapytał: „Czy to prawda, że przybiliście do ołtarza kartkę z nazwiskami ludzi, których ma spotkać kara Boża?” Zdziwieni ojcowie popatrzyli na siebie znacząco i odpowiedzieli policjantowi, że nie przybijali do ołtarza żadnych kartek i nie modlą się o karę Bożą dla nikogo. Wprost przeciwnie, codziennie modlą się za wrogów, bo mają świadomość, że ataki na Monaster są potrzebne dla większej chwały Bożej, a źródłem zła i ataków nie są ludzie ale szatan. O kartkach położonych na ołtarzu „przybitych” relikwiami nikt nie wiedział prócz dwóch ojców. Dlaczego policjant zapytał o to i kto udzielił mu takiej informacji, pozostało nie wyjaśnione do dziś.

Faktem jest, że kilkanaście osób najbardziej zaangażowanych w walkę z Monasterem już zmarło. Mimo znaków Bożej Opatrzności nad Monasterem z uporem maniaka toczyli kampanię oszczerstw, siali nienawiść, szkodzili mnichom na wszelkie sposoby. Były sołtys Ujkowic z urzędu zaangażowany w protest, wypowiedział znamienne słowa: „Do śmierci będę z nimi walczył”. Nie przypuszczał, że pożyje jeszcze tylko 5 miesięcy... Pewna kobieta przeklinała mnichów bez powodu, choć jej ojciec i matka w pierwszych latach od założenia Monasteru przychodzili do cerkwi monasterskiej na Liturgię. Tydzień przed śmiercią wezwała mamę brata Mikołaja, córkę Mikołaja Kani, i powiedziała do niej: „Ja już umieram, bo popy mnie przeklęli”. Na to matka brata Mikołaja odpowiedziała jej: „Ojcowie nikogo nie przeklinają, oni za wszystkich się modlą, nawet za tych, którzy im czynią zło”. „To módl się za mnie i proś ojców, aby mi przebaczyli...” Po tygodniu kobieta umarła. Pewien mężczyzna z Ujkowic po pijanemu przy wielostopniowym mrozie przejechał ciągnikiem przez sosny zasadzone wzdłuż muru monasterskiego. Namówiony został do tego za flaszkę wódki przez inną kobietę, która programowo walczy z mnichami, aby wygnać ich z Ujkowic. Kilka sosen złamał ciągnikiem. Wiosną zostały wyrwane z korzeniami jeszcze trzy, a latem mnisi pojechali na uroczystości św. Proroka Eliasza do Białegostoku. W nocy powrócili do Ujkowic. Rano powiadomiono ojców, że reszta sosen (24) została wycięta i leży za murem. Rzeczywiście, widok był opłakany. Mnisi wezwali policję. Mimo prośby ojców policjanci odmówili zabrania psa. W takim razie ojcowie zasugerowali, żeby wziąć wojsko z odpowiednio przeszkolonym psem. Wojsko przybyło na komendę z psem, ale policja dała samochód do Ujkowic dopiero po trzech godzinach! Pies jednak znalazł ślady i dotarł do właściciela siekiery, którą ścięte były sosny i która była schowana pod schodami. Policjant śledczy zabezpieczył siekierę i ściął piłką w obecności mnichów część ściętej sosny i wystający z ziemi jej pień, i zabezpieczył w worku foliowym do ekspertyzy. Po kilku miesiącach „badań naukowych” stwierdzono w piśmie z prokuratury przemyskiej: „Mała szkodliwość społeczna czynu oraz nie ustalony sprawca, ponieważ zabezpieczona siekiera nie była narzędziem przestępstwa. Ekspertyza wykazała, że sosny nie były ścięte siekierą znalezioną przez psa wojskowego, ale piłką stolarską. Dlatego umarza się całą sprawę”. (!) Jednak sprawiedliwość dla cynicznego przestępcy przyszła niespodziewanie. Jeszcze jesienią u jednej z mieszkanek Ujkowic, podpity, naśmiewał się z „ruskiego Boga” i „ruskiej wiary”. „Jeżeli jest silny „ruski Bóg” to niech nie doczekam Bożego Narodzenia” – powiedział do tej kobiety. I rzeczywiście nie doczekał. Trzy razy w szpitalu wycinano coś z jego ciała: nogę, krtań i jelito. Zmarł kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Do kościoła w Ujkowicach nie chodził, ale proboszcz przyjechał do domu i prowadził jego ciało uroczyście na cmentarz maszerując przed murami Monasteru. No cóż, zasłużył się w walce z popami.

Dla zobrazowania tego, jaka jest mentalność duchowieństwa rzymskokatolickiego wobec Prawosławia niech posłuży następujący przykład. Pewien młody człowiek, katolik, pragnął wstąpić do Monasteru w Ujkowicach. Poczynił już pierwsze starania. Babka jego modliła się w Licheniu o „opamiętanie” dla wnuczka. Chłopak po pewnym czasie zachorował i musiał opuścić seminarium duchowne. Znajoma zakonnica z jego rodzinnej miejscowości powiedziała: „Jak to dobrze, że zachorowałeś, nie staniesz się schizmatykiem.”  Kilka miesięcy później młody człowiek umarł na raka krwi. Nie został „schizmatyckim” mnichem. Modlitwy babci zostały wysłuchane.

„My tu będziemy przysyłać swoich ludzi”

Późnym wieczorem pewnego dnia, już po godzinie 22, jacyś ludzie przywieźli do Monasteru opętanego młodego człowieka. Był on znany ojcu Archimandrycie, który otworzył bramę Monasteru. W czasie rozmowy z opętanym nieznajomi ludzie szybko się oddalili samochodem, a młodego człowieka opętanego zostawili w Monasterze. Była to noc udręki i walki duchowej mnichów z demonem, który ryczał w młodym człowieku, wyginał jego ciało w przeróżne pozy. Uspokoił się po pomazaniu go mirem z Iwierskiej ikony Bogurodzicy Montrealskiej oraz po założeniu mu na szyję czotek mniszych. W pewnej chwili opętany zmienił twarz w przerażający sposób i zaryczał zwierzęcym głosem: „Tu była brama do piekieł, a wy budujecie Królestwo Boże? Zobaczymy czy zbudujecie! My tu będziemy przysyłać swoich ludzi”. Po kilku dniach ojcowie dowiedzieli się, że ten człowiek jest ze szpitala psychiatrycznego w Żurawicy, zamknięty tam po incydentach w jednej z galerii przemyskich. Ojcowie mieli zamiar udać się do metropolity Bazylego do Warszawy i prosić o błogosławieństwo na odczytanie nad opętanym egzorcyzmów. Wyjechali do Przemyśla w sprawach Monasteru, aby wieczorem wyjechać do Warszawy. Gdy wrócili z Przemyśla, jeden z braci powiedział: „Przed chwilą ojciec zabrał opętanego syna ze szpitala w Żurawicy. Był tu w Monasterze, bo chciał widzieć się z ojcami, ale odjechał”. W bramie jego opętany syn wychylił się z samochodu i powiedział do mnie: „Powiedz ojcom, że egzorcyzmu nie będzie” – i zaśmiał się straszliwie. Brat był ogromnie zaskoczony, skąd opętany mógł wiedzieć, że ojcowie mają zamiar odprawiać nad nim egzorcyzmy.

Najazd policji i straży leśnej na Monaster

Niedługo po tym incydencie z opętanym znowu rozszalało się piekło przeciwko mnichom. Największy atak został skierowany na ojca Archimandrytę Nikodema. Oto wieczorem w ostatni dzień października do bramy Monasteru podjechały auta straży leśnej nadleśnictwa Krasiczyn i policji z Przemyśla z zamiarem przeprowadzenia rewizji w Monasterze. Podano powód, że zginęły kloce modrzewiowe, dębowe i inne drewno a podobno jest ono w Monasterze. Mnisi odpowiedzieli, że nie ma przełożonego i nie mogą nikogo wpuścić a drzewa też nie ma, ponieważ mnisi go nie ukradli. Drugi raz, około godziny 19, przyjechali ci sami funkcjonariusze już z nakazem prokuratorskim, wystawionym jednak nie na prawosławny Monaster i jego reprezentanta Archimandrytę Nikodema, lecz na prywatne nazwisko obywatela Ryszarda Makary. Funkcjonariusze mieli ze sobą psy i kamery. Ojciec Atanazy nie wpuścił funkcjonariuszy do Monasteru, ponieważ Archimandryta Nikodem był nieobecny, a rewizja dotyczyła właśnie jego. Domagał się od najeźdźców okazania nakazu prokuratora wystawionego na Monaster, który miał być de facto obiektem rewizji. Tego jednak nie chcieli uczynić. Odstąpili po długich przepychankach z braćmi, którzy zastawili furtkę wejściową. Ktoś z najeźdźców w ciemności powiedział:

„Wy tu za murami możecie nawet mordować i żyć bezkarnie! Są takie sekty na świecie, które nie chcą wpuszczać policji! Wydaje się wam, że wy tu wszystko możecie robić co wam się podoba.” W tych słowach funkcjonariuszy nie ma ani cienia szacunku do osób duchownych, a prawosławny Monaster jawi im się jako siedlisko sekty. Najazd był powtórzony jeszcze po pięciu dniach. Scenariusz był podobny. Owocem tego najazdu był wniosek prokuratury z Przemyśla, aby ojca Archimandrytę i brata Mikołaja zamknąć w więzieniu na dwa lata. Motywowano przestępstwo już nie kradzieżą drewna z lasu państwowego, bo takiego nie udowodniono, ale zarzucano przestępstwo ciągłe w utrudnianiu funkcjonariuszom rewizji Monasteru. Jeden z pracowników policji powiedział w prywatnej rozmowie z ojcami: „Ta akcja zamierzona była po to, aby zdyskredytować Monaster. Funkcjonariusze mieli podrzucić narkotyki lub inne przedmioty kompromitujące. Po to mieli psa i kamerę. Takie akcje robiono często w komunistycznych czasach”.  W Przemyślu za kilka dni, 11 listopada, miał być poświęcony pomnik „Orląt Przemyskich”. Dla dobrej atmosfery tej uroczystości potrzebne było zdemaskowanie i unieszkodliwienie  „ośrodka dywersji i siedliska ukraińskiej sekty z Ujkowic”. Trzeba było wykazać przed społeczeństwem przemyskim, jak bardzo potrzebna jest antyukraińska organizacja w Przemyślu, która za cel ma obronę Przemyśla przed ukrainizacją. „Grekokatolicy z Przemyśla, czyli Ukraińcy podlegli polskiemu papieżowi nie mogą być już przedmiotem ataków, ponieważ sprawa katedry i kopuły na byłej katedrze już zostały załatwione pokojowo. Prawosławni z Przemyśla siedzą cicho. Jedynym chłopcem do bicia pozostał Monaster w Ujkowicach, którego w tym czasie nikt nie miał ochoty bronić. Nawet władze duchowne z Warszawy przysłały pismo, w którym nakazują odgórnie: „lojalnie słuchać miejscowych władz, nawet wtedy, gdyby one zażądały klucza od bramy Monasteru”.

I właśnie wtedy... Przyszła Ona, Ihumenia z Atosu, w swojej świętej, Watopedzkiej ikonie „Pocieszenia i Dobrej Rady”. Przyszła w momencie przesłuchiwania ojców i braci w prokuraturze przemyskiej. Przyszła w chwili opuszczenia ojców prawie przez wszystkich. Po śmierci metropolity Bazylego niektórzy duchowni prawosławni mówili: „Monaster w Ujkowicach przeszkadza nam w dobrych kontaktach ekumenicznych z Kościołem rzymsko-katolickim. Do Prawosławia przyjął ich metropolita Bazyli. Skończył się Bazyli, skończą się i Ujkowice...” Ikony Watopedzkiej mnisi z Ujkowic nie zamawiali na Atosie, nie wysyłali na Atos delegacji, nie było samolotów, powitań biskupów, tłumów ludzi, kwiatów i kamer. Przyszła cicho, sama, jak wtedy, gdy z pośpiechem udała się w góry do miasta Judy by posłużyć Elżbiecie. „Nawet do głowy nam nie przyszło, by na Atosie zamawiać ikonę dla Monasteru w Ujkowicach - mówią dziś ojcowie.- Przybycie ikony Watopedzkiej „Pocieszenia i Dobrej Rady” nie było z naszego działania i nie wynikało z naszych planów, ale z planów Bożych”.

Piraci, którzy najechali pod mury Monasteru w Ujkowicach i ci, którzy ich wysłali, czy to duchowni, czy świeccy, zostali zawstydzeni przez potężną Opiekę Ihumenii, Która broni swojej posiadłości. Jak obroniła Monaster Watopedzki w 807 roku, tak w 1997 obroniła Monaster Ujkowicki przed najazdem współczesnych piratów, których noga nie stanęła na ziemi Monasteru. Odjechali z pośpiechem w pierwszy dzień najazdu i kilka dni później, gdy mnisi zadzwonili we wszystkie monasterskie dzwony. W czasie poświęcania dzwonów czyta się modlitwę: „Niech pierzchnie siła szatana tam, dokąd dojdzie głos tego dzwonu...” Z dziwnym pośpiechem uciekali funkcjonariusze spod bramy Monasteru, gdy usłyszeli głos wszystkich dzwonów...

Akcja „Mostek”

Ataki na Monaster nie ustały. 11 maja 1999 rozpoczęła się następna akcja. Znowu szatan przysyła „swoich ludzi”. Tego dnia pewien mieszkaniec Ujkowic był w gminie Przemyśl w godzinach rannych na naradzie z władzami gminy, policji, geodezji. Około godziny 10 przywiózł 3 kręgi betonowe, aby zrobić sobie mostek i wjechać na pole monasterskie przez zasiane grządki i uprawy. Droga biegnąca przez pola monasterskie, którą jeździł dotychczas, przez kilka lat, z drugiej strony ogrodzenia monasterskiego, od strony zachodniej, zrobiła się nagle niewygodna. Potrzebny był nowy pretekst do walki z mnichami, ponieważ mnisi szykowali się do uroczystości świętych Cyryla i Metodego. Rozbierali starą stodołę, aby za kilka dni, 24 maja Władyka Przemysko-Nowosądecki Adam mógł poświęcić plac pod budowę nowej świątyni pod wezwaniem Watopedzkiej Ikony Bogurodzicy. Szatan wiedział o tych planach, więc posłał „swoich”. Znowu zaczęły się przyjazdy policji, przesłuchania, najazd telewizji i prasy. Nakręcono film w podstępny sposób, że niby chce się pokazać ikonę Bogurodzicy Watopedzkiej i przygotowania do święta. Zahaczono w pytaniu o sprawę mostka. Jednak główny cel filmu emitowanego w dzienniku regionalnym TV Rzeszów 24 maja był inny. Ukazano kilku mieszkańców Ujkowic, którzy wypowiadali się w taki sposób: „Ja boję się chodzić tą drogą, bo te popy mogą mnie nawet zabić. My tu wszyscy boimy się żyć blisko popów. Ja tu mieszkam najbliżej, a oni z kosami chodzą po drodze i mogą mnie zabić”.

Tak oto przedstawiono prawosławny Monaster w Ujkowicach jako siedlisko kryminogenne. Lokalna prasa opublikowała artykuł na zamówienie pod tytułem „Oaza Niepokoju”. Pisze się tam o mnichach tak: „Nie boją się ani Boga, ani policji”. Inny artykuł głosił: „Musimy się bronić i nie dać się zabić”. Lokalna telewizja i prasa wysilały się, aby na 24 maja 1999 przedstawić Prawosławny Monaster w Ujkowicach w jak najgorszym świetle, a mnichów jako przyszłych morderców zagrażających miejscowej ludności. Do czego jeszcze posunie się szatan w walce z Bogurodzicą Ihumenią Atoską? – zastanawiali się ojcowie. Z całej tej awantury „mostkowej” wypłynęło też i dobro, które rozeszło się po całym świecie. Przy okazji przedstawiania w telewizji mnichów jako elementu przestępczego, pokazano też w godzinach wieczornych ikonę Watopedzkiej Bogurodzicy, poinformowano o siedmiu osobach uzdrowionych z raka, o poświęceniu placu pod przyszłą świątynię Watopedzkiej ikony i podano na koniec, że „uroczystości Cyrylo-Metodiańskie w Ujkowicach były dziś zapoczątkowaniem obchodów jubileuszowych roku 2000 w diecezji Przemysko-Nowosądeckiej”. Zło nie zwyciężyło dobra. Program telewizyjny odbierany był w tym dniu nawet w USA. W niedługim czasie ojcowie otrzymali wiele listów z Ameryki z prośbą o modlitwy za chorych na raka. Powoływali się na program telewizyjny. Tak więc zło zamierzone przez szatana i jego sługi Bogurodzica zamieniła na dobro. Znów Bogurodzica nauczyła mnichów zaufania i przypomniała prawdę ewangeliczną, że dobro zwycięża zło.

Sąd i prokuratura

Od listopada 1997 r. rozpoczęło się nękanie ojca Archimandryty Nikodema i brata Mikołaja przez częste wzywanie na przesłuchania do prokuratury w Przemyślu. Akt oskarżenia głosił najpierw zarzuty o kradzież drewna z lasu państwowego. Wtedy okazało się, że nakaz prokuratora na rewizję „u obywatela Makary” wystawiony był dzień wcześniej, niż leśniczy stwierdził kradzież drewna na swoim terenie. Zaprzestano więc oskarżać mnichów o złodziejstwo, a nowy akt oskarżenia zarzuca przestępstwo ciągłe polegające na utrudnianiu funckjonariuszom policji i straży leśnej rewizji u „obywatela Makary”. W żaden sposób nie dociera do sądu i prokuratury fakt, że monaster ma swojego biskupa i nie jest on prywatną właśnością „obywatela Makary”. Nie wydano nakazu rewizji na Prawosławny Monaster, aby nie wchodzić w konflikt z Cerkwią Prawosławną w Polsce. Nękać należy i prześladować samych mnichów, aby sami wynieśli się z Ujkowic. O złej woli sądu i prokuratury świadczy fakt, że wszystkie wezwania w pierwszej fazie przesłuchań były wyznaczane na święta prawosławne, na 7 stycznia (Boże Narodzenie), na 19 stycznia (Jordan), dwa razy na Podwyższenie Krzyża Świętego itp. Za wszelką cenę pragnie się wpisać do akt Archimandrycie Nikodemowi „karany”. Jako notoryczny przestępca, który „nie boi się Boga ani policji” (cytat z gazety), musi być dla przykładu ukarany, aby inni nie poszli w jego ślady. Warto zaznaczyć, że nawet Arcybiskup Adam wzywany był kilka razy przez pracowników sądu i prokuratury na przesłuchania. Nie pofatygowano się nawet aby poprawnie napisać jego nazwisko, nie mówiąc już o tytułowaniu go prawosławnym biskupem. Ciekawe, czy ci sami pracownicy sądu i prokuratury z Przemyśla wzywaliby na przesłuchania rzymskokatolickiego biskupa? Sądzę, że byłby to ostatni dzień ich pracy. Prawosławnych mnichów, kapłanów, a nawet biskupa można bezkarnie traktować jak element przestępczy, ponieważ są wrogami na tym terenie i „forpocztą Moskwy”, jak określał Prawosławie na Podkarpaciu biskup Ignacy Tokarczuk.

Ostatnie wezwanie Archimandryta Nikodem i brat Mikołaj otrzymali w październiku br. (2001 - przyp. red.) i nie zanosi się na rychłe zakończenie procesu.

VI. „Skąd wy bierzecie środki na utrzymanie i budowę Monasteru?”   

Takie pytania zadają nie tylko ludzie prości odwiedzający Monaster w Ujkowicach, ale i duchowni, którzy wiedzą, ile trzeba środków i starań, aby cokolwiek w dzisiejszych czasach zbudować, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma się dużej parafii lub licznego prawosławnego środowiska. Sami mnisi wiedzą, kto jest prawdziwym fundatorem i budowniczym Ujkowickiego Monasteru. Bywały takie sytuacje, że na utrzymanie mnichów i na budowę było zaledwie kilka złotych. Bywały też solidne długi. „To prawdziwy dar Boży i Przeczystej Bogurodzicy, że zawsze wychodziliśmy z nich szczęśliwie” – mówią ojcowie. Środki do życia wypracowują na monasterskiej ziemi poświęconej na własność Bogurodzicy. Ziemi monasterskiej jest już 15 ha. Żywności nigdy nie zabrakło mnichom, choć rocznie przygotowują dla pielgrzymów około 1000 obiadów. Kto zna koszty utrzymania i ceny żywności, ten wie, ile potrzeba jest środków pieniężnych na taki cel. Tymczasem mnisi nie mają pieniędzy, a dzielą się z pielgrzymami tym, co sami otrzymują od Przeczystej Bogurodzicy. Nikt z pielgrzymów nie odchodzi bez pokrzepienia duchowego i bez strawy materialnej. To jest cud rozmnożenia pokarmów dokonany przez Ihumenię Monasteru, aby nikt głodny nie odchodził z domu Bogurodzicy.

Oto przykład. Jesienią 1999 roku o. Atanazy przebywał w szpitalu w Jarosławiu 10 dni. Należało zapłacić w terminie 10 dni 2 tysiące złotych. W kasie monasterskiej było wszystkiego 6 złotych! W piątek, w przeddzień upływu terminu zapłaty, w Monasterze pojawiła się kobieta, która przyniosła zapiski o modlitwy. Zapytana przez ojca Atanazego o imię i miejsce zamieszkania uśmiechnęła się, lecz na pytanie nie odpowiedziała. Wręczyła tylko trzy koperty i odeszła. Po przyjeździe ojca Archimandryty Nikodema otworzono koperty i okazało się, że jest w nich suma 2 tysiące 200 złotych. Wystarczyło na zapłacenie szpitala...

Takich przykładów można by było z Monasteru Ujkowickiego przytoczyć więcej. Wszyscy mnisi z tego Monasteru są przekonani, że Ihumenia Atoska nie tylko cudownie rozmnaża pokarmy i oliwę na Atosie, lecz Jej Opieka rozciąga się tam, gdzie mnisi ufają Jej całym sercem. Troszczy się Ona o tych, którzy mają wiarę atoską  w jej nieustanną macierzyńską opiekę. Taką wiarę chcą pielęgnować w sobie fundatorzy, założyciele i budowniczy Ujkowickiego Cyrylo-Metodiańskiego Monasteru: ojciec Archimandryta Nikodem i Ihumen Atanazy. Tej wiary uczą swoich duchowych synów, młodych mnichów i posłuszników. I taką wiarę we wszechpotężną Opiekę Bogurodzicy zaszczepiają w sercach wszystkich przyjeżdżających do ujkowickiej własności Bogurodzicy pod Przemyślem. Ojcowie często powtarzają: „Ihumenią u nas jest Bogurodzica Watopedzka z Atosu. My dajemy serca i ręce do pracy, a Ihumenia nasza troszczy się o finanse i środki do życia. Gdy zaczyna ich brakować, udajemy się przed Jej cudowną ikonę i prosimy o pomoc. Do tej pory nigdy nie odeszliśmy zawstydzeni w swej nadziei na Jej pomoc”.

VII. Założenie kamienia węgielnego pod budowę Świątyni   pw. Watopedzkiej Ikony „Pocieszenia i Dobrej Rady” na Ujkowickiej Górze – 11/24 maja 1999

Wobec faktów i dowodów Opieki Bogurodzicy nad Ujkowickim Monasterem mnisi postanowili uczcić wielki jubileusz chrześcijaństwa - 2000 lat od narodzenia Boga Słowa z Przeczystej Bogurodzicy i wybudować katolikon, czyli główną świątynię Monasteru, jak popularnie nazywa się je na Atosie. Nowa świątynia poświęcona będzie cudownej ikonie Watopedzkiej przywiezionej z Rosji i podarowanej Monasterowi. Z błogosławieństwem J.E. Najprzewielebniejszego Adama, Arcybiskupa Prawosławnej Diecezji Przemysko-Nowosądeckiej dnia 11/24 maja 1999 roku, w dniu świętych Apostołów Słowian Cyryla i Metodego, został poświęcony kamień węgielny, plac pod budowę nowego katolikonu pośrodku zabudowań monasterskich oraz pamiątkowy duży krzyż z metalu, szkła i drewna, wykonany własnoręcznie przez mnichów, upamiętniający to wydarzenie. Krzyż ustawiono na miejscu, gdzie w przyszłości będzie ołtarz świątyni. Arcybiskup Adam odsłużył uroczystą Liturgię sprawowaną pod gołym niebem, przy wspaniałej pogodzie, pierwszy raz na miejscu przyszłej świątyni. Uczestniczyło w niej licznie duchowieństwo z Polski i zagranicy. Po Liturgii Władyka Adam odczytał i wręczył pochwalną gramotę, w której przyzywa Bożego błogosławieństwa dla mnichów Ujkowickiego Monasteru i przyszłych budowniczych nowej świątyni.

Szczególnym wydarzeniem było przysłanie przez mnichów Watopedzkich kamieni ze świętej Góry Atos pod zakładkę nowej świątyni w Ujkowicach, na znak duchowej więzi i jedności tych monasterów, które okazały się być własnością Bogurodzicy i które Ona wzięła w Swoje posiadanie.

Wyniesiono też cudowną ikonę Bogurodzicy Watopedzkiej na „krestnyj chod” wokół istniejącej cerkwi i przez plac poświęcony pod przyszłą świątynię. Na koniec Liturgii pobłogosławiono cudowną ikoną wszystkich zgromadzonych pielgrzymów na tej historycznej i podniosłej uroczystości.

W tym właśnie dniu rozszalało się piekło atakując mnichów i Monaster w odwet za cześć i chwałę Bogurodzicy na tym miejscu. Opisane to zostało wyżej jako akcja „mostek”. Szatan nie mógł ścierpieć, że rozpocznie się budowa świątyni Watopedzkiej ikony, przez którą Bogurodzica chce dawać nam Pocieszenie w troskach i cierpieniach oraz Dobrą Radę w wątpliwościach i na krętych drogach naszego życia. Kiedy dalej ciągnęły się przesłuchania w sprawie „mostka” i ataki prasowe na mnichów, Bogurodzica z Atosu przysłała następny dowód Swojej Opieki.

VIII. Mnisi z Watopedu do mnichów z Ujkowic

Oto list samego Archimandryty Efrema – Ihumena św. Monasteru Watopedzkiego.

Monaster Watopedi, 2/15 maja 1999

Przewielebny Ojciec Archimamdryta Nikodem,

Ihumen Monasteru Prawosławnego

św. Cyryla i Metodego w Ujkowicach - Polska

 

Czcigodny Ojcze Archimandryto!

Chrystus Zmartwychwstał! Braterskim pocałunkiem w Chrystusie, serdecznie pozdrawiamy Waszą Przewielebność z Braćmi.

21 kwietnia 1999 roku otrzymaliśmy Wasz historyczny list, przesłany za pośrednictwem hieromnicha Gabriela z bractwa Kielii Sw. Mikołaja  Burazery, wzmiankujący o cudownym pojawieniu się w Waszym Monasterze dawnej kopii Ikony Matki Bożej „Pocieszenia”, której oryginał znajduje się w naszym Watopedzkim Monasterze. Z treści listu wynika, iż Bogurodzica wybrała Wasz Monaster swojej Ikonie, za pośrednictwem której zapragnęła okazać Orędownictwo i Pocieszenie braciom prawosławnym w Polsce.

Odpowiadając na Wasz list, wzruszeni Waszą miłością i pobożnością do Świętej Góry Atos - ogrodu Bogurodzicy informujemy, iż postanowiliśmy z bezgraniczną miłością i radością przekazać Wam, prawdziwym braciom w Chrystusie, Wyznawcom prawosławia, dwie cząsteczki świętych Relikwii prepodobnych Agapita i Nikodema „Dochiarów” z naszego hagioryckiego monasteru. Dołączamy porządek nabożeństwa na ich cześć. Życzymy aby ich asceza i świątobliwe życie posłużyły za światły przykład do naśladowania w zaskarbieniu cnót chrześcijańskich życia monastycznego. Obecność św. Relikwii w Waszym Monasterze niech będzie źródłem łaski i uświęcenia, bronią duchową ku przezwyciężeniu i unicestwieniu wszelkich knowań i pokus diabelskich. Aby Bóg, podobnie jak tych świętych, tak i nas Jego sługi, usprawiedliwił i uczynił godnymi dziedzictwa w Królestwie niebieskim. Jednocześnie przekazujemy Wam kamień z naszego Monasteru Watopedzkiego, aby położyć go w fundamentach nowej świątyni Waszego Monasteru p/w Ikony NMP „ Pocieszenia”, która niech będzie początkiem i uwieńczeniem związku duchowego i więzi braterskiej między dwoma naszymi monasterami: na Atosie i w Polsce.

Życzymy również by łaska wspólnej naszej Orędowniczki i Pocieszycielki zachowała was w swojej opiece oraz pobłogosławiła i dopomogła w dopełnieniu tego zaiste Bogu miłego dzieła i przedsięwzięcia. Zaś trudy Wasze włożone w urzeczywistnienie tego pobożnego zamiaru  niech zapewnią Wam nagrodę w wieczności i dar Świętego Ducha ku uświęceniu i udoskonaleniu Was samych, jak również wspomagających dzieło Wasze i wszystkich, którzy z pokolenia na pokolenie będą wznosić gorliwe modlitwy w tym świętym przybytku.

Jak niegdyś Przenajświętsza Pocieszycielka ochroniła Monaster Watopedzki przed piratami, tak teraz niech Jej Ikona, którą przekazujemy, ochrania Ojczyznę Waszą i Monaster przed wszelkimi pokusami i złowrogim zamysłem nieprzyjaciół widzialnych i niewidzialnych, zaś pobożne zamiary i chęci Wasze uczyni miłymi Bogu i zgodnymi z Jego świętą wolą, aby służyły one chwale Jego.

Pozdrawiając wzajemnym, braterskim pocałunkiem, prosimy Waszą Przewielebność i Braci Monasteru w Ujkowicach o modlitwy za nas, darzących Was bezgraniczną miłością w Chrystusie.

 

Kąfihumenos Świętego i Czcigodnego

Wielkiego Monasteru Watopedi

Archimandryta Efrem z Braćmi.

Wraz z listem mnisi Wielkiego Watopedu przysłali nam swoją kopię Ikony Watopedzkiej w srebrnej szacie, by chroniła Prawosławie w Polsce i broniła Monasteru w Ujkowicach. Wraz z ikoną dotarły też relikwie świętych Nikodema i Agapita Watopedzkich, aby stali się obrońcami i przewodnikami na drodze życia mniszego dla żyjących w Ujkowickim Monasterze mnichów.

Warto przypomnieć, że święty Nikodem Watopedzki był nauczycielem i ojcem duchowym św. Grzegorza Palamy.

IX. Srebrne serca i Pas Bogurodzicy

Należy wspomnieć jeszcze o innym dobrodziejstwie Przeczystej Bogurodzicy w Jej własności na ujkowickiej górze. Według zasady ewangelicznej: „Nie może ukryć się miasto na górze leżące i nie zapala się światła i nie chowa pod łóżko”, powinno świecić wszystkim. Zatem nie wolno nam ukryć jeszcze jednej łaski Bogurodzicy Watopedzkiej, którą hojnie zlewa w tym miejscu. Zaczęło się to Jej działanie jeszcze zanim przybyła do Monasteru Watopedzka Ikona z Rosji.

Bogurodzica „Krzew Dziecka” zapragnęła w naszym Monasterze obdarować bezdzietne małżeństwa potomstwem. Czyni tak od 1987 roku, a więc już 10 lat przed przybyciem Jej ikony. Wiele bezdzietnych małżeństw, które odwiedziły Monaster, tutaj modliły się i złożyły ofiarę, zostało wysłuchanych. Niektóre z nich czekały na narodziny pierwszego dziecka kilka lat, inne kilkanaście lat. Były i takie pary, które już nie wierzyły w to, że będą miały dziecko, bo lekarze tak orzekli. W Monasterze w Ujkowicach wszystko ulega zmianie. Ojcowie prowadzili przed ikonę Bogurodzicy i powtarzali z wiarą:

„U ludzi to niemożliwe, ale u Boga wszystko jest możliwe. Bóg, gdy zechce, to zmienia i ład natury”. Wiele razy śpiewa się w stichirach liturgicznych tę prawdę, w którą Cerkiew nigdy nie wątpiła, a ojcowie wierząc w te słowa wlewali otuchę w serca tych, którzy pragnęli mieć potomstwo. Ci, którzy uwierzyli, dziś cieszą się swoimi dziećmi.

Basia urodziła się po prawie dziesięciu latach małżeństwa jej rodziców. Ojciec Basi razem z ojcem Archimandrytą Nikodemem uczęszczał do jednej klasy w tej samej szkole podstawowej w Żurawicy. To on skierował mnichów w 1986 roku do Ujkowic, informując ich o gospodarstwie przeznaczonym na sprzedaż. Wiele pomagał mnichom w pierwszych, najtrudniejszych latach budowy Monasteru. W roku 1987, kiedy mnisi poświęcili swoje pierwsze mieszkanie, ojciec Archimandryta dziękując wszystkim obecnym za wspólne modlitwy i za pomoc w budowie, do rodziców Basi zwrócił się takimi słowami: „Wam chcielibyśmy się odwdzięczyć naszą modlitwą. Wiemy, że pragniecie mieć dziecko od wielu lat. Będziemy tu na tym miejscu błagać Bogurodzicę, aby wasz dom napełnił się śmiechem dziecka, które będzie dla was znakiem łaski i błogosławieństwa Bożego”. W rok później urodziła się Basia, która zawsze była zdrowa, chowała się bez problemów i jest rzeczywiście radością całej rodziny i otoczenia.

W lipcu 1987 roku zawaliły się ściany stajni, w której ojcowie mieszkali od 26 sierpnia 1986. Cały dobytek przeniesiono do drugiej stajni, w której prowizorycznie zorganizowano mieszkanie. W tym czasie odwiedziło ojców pewne małżeństwo z Wiednia, które pierwszy raz przyjechało do Polski i trafiło do Ujkowic ze znajomym ojców Nikodema i Atanazego. Dla Wiedeńczyków warunki życia ojców były szokujące. Zapragnęli pomóc ojcom materialnie, w zamian prosili o modlitwę w intencji ich małżeństwa oraz o potomstwo dla nich. Ojcowie obiecali modlić się codziennie w tej intencji. Rok później otrzymali zdjęcie uradowanych rodziców, na którym były dwie dziewczynki – bliźniaczki, Maria i Klara.

Historię Jacka i Niny szerzej opisuje Anna Radziukiewicz w książce „Precz z mnichami” (str. 129). Nina odbyła trzykrotne badanie w klinice wrocławskiej i oświadczono jej, że nie będzie mogła rodzić dzieci. Chcieli pobrać się z Jackiem właśnie w cerkwi monasterskiej w Ujkowicach. Ojciec Archimandryta zwlekał z odpowiedzią. Wezwał wreszcie oboje na rozmowę i przedstawił problem tak, jak widzi go kapłan i spowiednik. Jacek odpowiedział: „Jeśli Bóg zechce, to da nam dzieci”. Ojciec Archimandryta odpowiedział: „Niech wam się stanie tak, jak wierzycie”. W cerkwi monasterskiej pobłogosławił ich związek małżeński. Rok potem urodził się Michał, a jego ojcem chrzestnym jest ojciec Atanazy.

Siostra Niny ze Stanów Zjednoczonych przyjechała na chrzest trzeciego dziecka Jacka i Niny, Marysi. Miała być jej matką chrzestną. Tu, w Ujkowicach poznała tajemnicę Niny i dar Bogurodzicy dla jej rodziny. Zwróciła się wraz z mężem, Józefem, do ojców z prośbą o modlitwę za nich, za ich małżeństwo, które 16 lat oczekuje na potomstwo. „Straciłam już nadzieję i wiarę w amerykańskich lekarzy. Jeżeli moja siostra, Nina, urodziła już trzecie dziecko dzięki łasce Bogurodzicy, to wierzę, że i ja otrzymam tą łaskę i stanę się matką, chociaż nikt po ludzku w to już nie wierzy”. Rok później ojcowie otrzymali wielką paczkę z podziękowaniami od całej rodziny z USA, ponieważ stał się cud. W siedemnastym roku małżeństwa urodził się syn John-Jose.

Tomek i Jola też nie mieli dziecka, choć byli szczęśliwym i kochającym się małżeństwem. Za pełną rodzinę jednak się nie uważali. „Czy macie dzieci?” – zapytał na pierwszym spotkaniu w Monasterze ojciec Archimandryta Nikodem. „Nie” – odpowiedział Tomek i smutnie zwiesił głowę. „To dlaczego nie modlicie się o dziecko? Będziemy od dziś modlić się za was w tej intencji w naszym Monasterze przed ikoną Bogurodzicy.” Rok później urodziła się Symonida i została ochrzczona w Monasterze. Na dowód wdzięczności rodzice zamówili duże srebrne serce z napisem: Za dar życia Symonidy. Takich serc wyrażających wdzięczność rodziców dla Przeczystej Bogurodzicy będzie więcej, gdy wszyscy wykonają swoje serca i powieszą je wokół ikony Tej, która wysłuchuje bezdzietne małżeństwa i chroni narodzone chrześcijańskie dzieci pod Swoim Pokrowem.

Pięć lat temu matuszka Anita wraz z ojcem Konstantynem z Hamburga przebywali w Moskwie i swojej znajomej Marii opowiadali o Watopedzkiej ikonie i o dzieciach otrzymanych przez pośrednictwo tej ikony. Maria nie mogła mieć dzieci. Tak stwierdzili lekarze. Uwierzyła jednak i prosiła matuszkę Anitę o podanie jej zapiski i zdjęcia do naszego Monasteru. Ojciec Marii widząc co robi jego córka, miał powiedzieć: „Jeżeli ty urodzisz dziecko, to ja pieszo z Moskwy pójdę do ujkowickiego Monasteru”. Na Paschę tego roku otrzymaliśmy wiadomość z Moskwy poprzez matuszkę Anitę, że Maria po czterech latach modlitwy urodziła córeczkę. Co zrobi teraz jej ojciec?

Podobnych przypadków jak te wyżej opisane było w Monasterze kilkanaście. Nie wszyscy powiadomili o urodzeniu się dziecka. Wiele informacji dociera z opóźnieniem, często drogą pośrednią. Niektórzy obdarowani dzieckiem małżonkowie zapominali o tym, że wcześniej prosili Bogurodzicę o dziecko. Kiedy się urodziło, zapomnieli przyjść i podziękować, przypisując zasługę sobie lub jakiemuś zbiegowi okoliczności.

Lista zaś imion kobiet proszących o dziecko w Ujkowickim Monasterze wciąż rośnie. Codziennie mnisi przynajmniej raz czytają te imiona i polecają je Watopedzkiej Bogurodzicy.

Chrzest w Ujkowickim Monasterze przyjęło 26 osób. Większość z nich to dzieci uproszone przez wstawiennictwo Watopedzkiej Bogurodzicy, których rodzice byli katolikami rzymskimi i przyjęli Prawosławie i ochrzcili swoje dzieci w monasterskiej cerkwi.

Latem 1999 do Monasteru w Ujkowicach został przekazany dar od Watopedzkiego Monasteru. Jest nim biała wstążka, która była pobłogosławiona i dotknięta do pasa Bogurodzicy. Ta święta relikwia – Pas Bogurodzicy, przechowywana jest ze czcią właśnie w świętym Watopedzkim Monasterze. Okazuje się, jak wynika z treści ulotki dołączonej przez Archimandrytę Efrema, że Bogurodzica pragnie za pomocą Swojego Pasa obdarowywać potomstwem wierzących i ufających Jej małżonków. Oto treść ulotki:

„Niniejsza wstążka jest błogosławiona przez Święty Pas Przenajświętszej Bogurodzicy, który przechowywany jest w Monasterze Watopedi jako dar bizantyjskiego cesarza Jana Kandakuzinosa z XIV wieku. Zgodnie z istniejącą od dawna pewną tradycją takie wstążki rozdawane są bogobojnym pielgrzymom i dzięki łasce Przenajświętszej Bogurodzicy, której poświęcony jest nasz Monaster, miało miejsce wiele cudów. Cierpiący na raka, ale i inni chorzy odzyskali zdrowie i przede wszystkim dużo niepłodnych kobiet wydało potomstwo.

Chory przewiązuje się wstążką na pewien okres czasu, żyje w pokucie, przystępuje do spowiedzi, modli się i uczestniczy w św. Eucharystii. W ten sam sposób żyją i małżonkowie stosując oprócz tego post i wstrzemięźliwość cielesną, według siły, na okres kiedy noszą na sobie wstążkę. Szczere duchowe życie – wraz z nieustanną pokutą i uczestnictwem w sakramentach Cerkwi musi być kontynuowane do końca życia, ponieważ stanowi to jedyny sposób obcowania i naszego zjednoczenia z Bogiem w tym i w przyszłym wieku”.

Czyż nie jest to dowód Jej wszechmocy i Matczynej Opieki nad ujkowickim Monasterem? Tak jak zamieszkała na Atosie, Jej ziemskim dziedzictwie, gdzie szczodrze rozdaje Swoje łaski, tak teraz uczyniła Swoją siedzibę watopedzką na górze ujkowickiej i za pomocą Swojej świętej ikony, która przybyła z Atosu w dwu różnych kopiach, pragnie rozciągnąć swoją opiekę nad dziećmi i chrześcijańskimi małżeństwami. Kobietom wzbroniony jest wstęp na Atos, dlatego Bogurodzica przybyła z Atosu na górę w Ujkowicach, aby wszyscy mieli do Niej dostęp.

Ktoś zapytał: Jak to się działo, że nie było u was ikony Watopedzkiej ani Pasa Bogurodzicy, a bezdzietne małżeństwa były wysłuchane? Rozwiązanie tej zagadki nastąpiło niedawno. Otóż jeden z pielgrzymów słuchając historii o Pasie Bogurodzicy, o srebrnych sercach i dzieciach zauważył nad wejściem z pałamarki (zakrystii) do ołtarza niewielkich rozmiarów ikonę i zapytał: Skąd macie tę Watopedzką ikonę? Wtedy otworzyły się nam oczy, że ikona Watopedzka była z nami od samego początku istnienia Monasteru. Otóż w roku 1983 ojciec Atanazy otrzymał deskę na ikonę i zapragnął napisać na niej ikonę Bogurodzicy do przyszłego monasteru w Polsce, ale taką, jaka byłaby tylko jemu właściwa, niepowtarzalna. Po modlitwie wyobraził sobie ikonę na której Bogurodzica trzyma Dzieciątko za prawą rękę i całuje ją, dosłownie tak samo, jak na ikonie Watopedzkiej. Wcześniej ojciec Atanazy nigdy nie widział ikony Watopedzkiej i nie znał jej historii. Po przybyciu do Ujkowic ikona znajdowała się w drewnianej cekiewce w stodole a po wymurowaniu nowej cerkwi umieszczono ją nad wejściem do ołtarza. Nikt nie zwracał na nią większej uwagi, aż do „odkrycia” jej przez wspomnianego pielgrzyma. Zanim przyszła Watopedzka ikona z Moskwy to już przybyła wraz z ojcami ta własna, właściwa temu Monasterowi, w którym urządziła sobie źródło obficie wylewanych łask. Dopiero w tym świetle rozumiemy, dlaczego musiał powstać monaster w Ujkowicach i musiała przyjść do niego Watopedzka ikona. Po prostu musiało powstać miejsce, do którego wszyscy ludzie będą mieli dostęp, a w szczególności kobiety, którym wstęp na Atos jest zakazany.

Czy można Bogurodzicy w tym dziele przeszkodzić? Czy można stawiać Jej granice w działaniu? Szatan stara się przeszkadzać przez swoje sługi, pragnie okpić, ośmieszyć i ukazać w krzywym zwierciadle każde dzieło Boże, a zwłaszcza to, które poświęcone jest Bogurodzicy. Ludzie kochający Bogurodzicę robią wszystko, aby nie przeszkadzać w realizacji dzieł Bożych, lecz podejmują starania, by przez wiarę, miłość i ofiarę z własnego życia powiększać chwałę Boga i Przeczystej Bogurodzicy. Staramy się i my, wzorem naszych świętych ojców z Atosu, ufać bezgranicznie Bogurodzicy, bo Ona nas nie zawiedzie. Z Nią będziemy bezpieczni, a wtedy ucieknie od nas szatan i ludzie wątpiący i małoduszni przemienią się w wojsko Bogurodzicy na tej ziemi. W okresie „łukawej podmiany Prawosławia”, w czasie demonizacji chrześcijaństwa w wielu wymiarach życia społecznego, kulturalnego, politycznego, w czasie apostazji Tradycji Apostolskiej, Bogurodzica wybiera nowe miejsca, z których pragnie rozlewać światło wśród ciemności końca XX wieku. Czy przyłączymy się do Dziewiczego Orszaku Baranka? Czy znajdziemy się wraz z rzeszą opieczętowanych pieczęcią Boga Żywego w raju? Czy zachowamy wiarę prawosławną na drugie przyjście Chrystusa? Każdy świadomy chrześcijanin musi sam w swoim sercu odpowiedzieć dziś na te pytania. Musi zdecydowanie stanąć w gronie sług Chrystusa. Jeżeli tego nie zrobi, wpadnie w sieci piekielne. Czas letnich chrześcijan skończył się.

X. „Nie płacz nade Mną, Matko”

W monasterskiej cerkwi w Ujkowicach nad żertwiennikiem znajduje się napisana na ścianie ikona przedstawiająca zdjęcie Chrystusa z krzyża. W Wielki Piątek 2001 z rąk Chrystusa z tej ikony popłynęły trzy strugi myra. Zjawisko to powtórzyło się w dniu Zesłania Ducha Świętego. Dopiero gdy w dzień Najświętszej Trójcy ojciec Archimandryta Nikodem przybył rano by służyć Proskomydię i zapalił światło, zauważył, że z całego ciała Chrystusa oraz z twarzy i szyi Bogurodzicy spływają strugi myra, a całe ciało Chrystusa wyglądało jakby było mocno spocone i pokryte grubymi kroplami, które następnie łączyły się i spływały w dół aż do dolnego obramowania ikony. Zjawisku temu towarzyszyła przedziwna atmosfera świętości i powagi. Do dziś można oglądać przyschnięte myro na ikonie. Czasami ojcowie służąc Proskomydię i czytając zapiski za żywych i zmarłych zauważają na ikonie silne pocenie. Gdy skończy się Liturgia i odnoszą czaszę z Najświętszymi Darami z ołtarza na Żertwiennik zauważają, że krople potu z ciała Chrystusa na ikonie znikają. Ojcowie powiadomili ordynariusza diecezji, Jego Ekscelencję Najprzewielebniejszego Kyr Adama, Arcybiskupa Przemysko-Nowosądeckiego. Przesłano raport w tej sprawie wraz z fotografiami ukazującymi całą ikonę nad żertwiennikiem z widocznymi strugami myra. Jest to następny dowód opieki Bogurodzicy i nadprzyrodzonego Jej działania w Monasterze.

W ostatnich latach wzrasta liczba cudownych uzdrowień z raka.    Uzdrowień doznają nie tylko wierni z naszej Cerkwi w Polsce, ale z Ukrainy, z Czech, a nawet z Ameryki. Sława Bogurodzicy w Jej Watopedzkiej ikonie dotarła nawet do Moskwy i Kijowa, do Toronto, Chicago i Nowego Jorku. Otrzymujemy stamtąd wiele listów i próśb o molebień przed cudowną Watopedzką ikoną. W listopadzie przybyła nawet 24-osobowa grupa pielgrzymów z Moskwy, aby modlić się w naszym Monasterze i przekazać nam zapiski z imionami mnichów i mniszek z kilku moskiewskich monasterów. Sława Watopedzkiej Bogurodzicy jaśnieje więc daleko w świecie i spełniają się słowa Mikołaja Kani: „Zajaśnieje tu na tej górze Matka Boża i będzie tu monaster...”

Pielgrzymi z Moskwy przywieźli nam błogosławiony ogień, który tego roku otrzymali z Jerozolimy. Został on przewieziony samolotem do Moskwy. Ogień ten był w specjalnej lampie, którą uczestnicy pielgrzymki zawsze noszą ze sobą. Zapaliliśmy od niego wieczną lampę, która płonie dzień i noc przec cudowną Watopedzką ikoną.

© Monaster Św. Cyryla i Metodego w Ujkowicach - monasterujkowice.pl - Wszystkie prawa zastrzeżone.