Prawosławny monaster Św. Cyryla i Metodego

http://monasterujkowice.pl/books.php?b=13
Monaster w Ujkowicach » Wydawnictwa » Schymonachinia Makaria
okładka książkiSchymonachinia Makaria

Schymonachinia Makaria

Język: polski
Format: A5
Dostępna w sprzedaży wysyłkowej - zamów

Współczesny Materikon - Schymonachinia Makaria

Pamięć 5/18 czerwca (1926-1993)

Drodzy Czytelnicy, Dobrodzieje i Przyjaciele Prawosławnego Monasteru w Ujkowicach!

Już podczas naszego pobytu w USA w latach 1982-84 oraz 85-86 zapoznaliśmy się z życiem dwóch mnichów: ojca Gleba Podmoszańskiego i jego współtowarzysza ojca Serafina Rose. Zapragnęli oni służyć Bogu nie tylko w sposób taki, jaki zaoferował im amerykański świat, hierarchowie, duchowieństwo diecezjalne i mnisze, czy lud Prawosławny w Ameryce. Oni zapragnęli nadać Prawosławiu nowy blask i uczynić go żywym źródłem, do którego przyjdą ludzie słuchający Prawdy, szczególnie ci, którzy nie urodzili się jako prawosławni, a brak rosyjskiego pochodzenia, znajomości języka cerkiewno-słowiańskiego czy rosyjskiego, praktycznie zamykał im dostęp do tej krynicy Ortodoksyjnego chrześcijaństwa Apostolskiego. Oni zrozumieli, że „Prawosławie to nie jest rosyjska sekta, wypracowana przez Rosjan dla Rosjan i kontynuowana tylko dla Rosjan, ale że jest to Powszechny Kościół, który od Chrystusa otrzymał polecenie: “Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszystkim narodom...” Jeżeli wszystkim, to również Amerykanom różnych kultur i języków”– rozumowali o. Gleb i Serafin. Świat protestantyzmu doprowadził tę gałąź chrześcijaństwa do wielkiej laicyzacji i bezbożnictwa. Świat katolicyzmu Watykańskiego podąża w ślad za protestantami różnych orientacji – okraszając obecnie swoje praktyki ekumenicznymi nabożeństwami z buddyzmem, hinduizmem – krótko mówiąc – obraca się w stronę bałwochwalstwa. Jak ratować dusze szlachetne szukające Boga, sensu życia, miłości, prawdy, sprawiedliwości?

Dwaj przyjaciele zakładają monaster w Kalifornii z błogosławieństwem Świętego Jana (Maksymowicza) biskupa Szanghaju i San Francisco. Ten wielki święty – poznał się na dwóch oddanych Bożej sprawie ludziach. Błogosławił im na życie misze, na wydawnictwo i propagowanie wartości Prawosławia wśród nieprawosławnych.

Wśród wielu prac, pisanych przez owych Bożych zapaleńców jest pozycja godna szczególnej uwagi. Jest to “Ruskij Połomnik” – pismo ukazujące się nieregularnie, które jednak podbiło świat prawosławny swą duchową treścią. Prezentuje wartości zawsze świeże i aktualne w naszej Cerkwi: Świętość życia, świętość stanu mniszego, godność i znaczenie monasterów i zbawiających się w nich ludzi. Nic tak dziś nie przekonuje, jak osobisty przykład, jak życiorys świętego żyjącego w naszych czasach.

Jesienią 18 listopada 1998 r. dane mi było spotkać się osobiście z Ojcem Archimandrytą Germanem, w założonym przez niego Monasterze Św. Paisjusza Wieliczkowskiego w Kalifornii. Owocem naszej rozmowy była pisemna zgoda Ojca Archimandryty Germana na wydawanie wszystkich pism wydawanych przez Valaam Society of America przez Monaster Św. Cyryla i Metodego w Ujkowicach.

W ramach pierwszego pisma – dedykowanego wszystkim naszym Dobrodziejom – pragniemy zapoznać Was z życiem współczesnej nam Świętej Matki Makarii – Wielkiej Schymnicy. Dla jasności tekstu słowa Matuszki Makarii piszemy kursywą nie zmieniając sensu i prostoty jej wypowiedzi.

Niech słowa autora znającego osobiście Matuszkę Makarię przemówią do nas tak jak zostały po raz pierwszy przedstawione w “Ruskim Połomniku” Nr. 8 z 1993 r. ss. 94-120.

ojciec Ihumen Atanazy ( Dębowski)

Wstęp

Do Schymonachini Makarii po raz pierwszy przyjechałem w niedzielę Przebaczenia (przed Wielkim Postem) w 1985 roku. Od tego pamiętnego dla mnie spotkania przez następnych osiem lat znajdowałem się pod przemożnym wpływem jej zadziwiającego jasnowidzenia i nie dającej się opisać siły jej modlitwy. U Boga i u Bogurodzicy mogła ona wymodlić wszystko, o co by nie poprosiła. Wtedy trudno mi było uwierzyć, ale ja nie tylko patrzyłem, ale i rozmawiałem ze świętą osobą przeżywającą zadziwiająco ciężkie, składające się na jej dolę – doświadczenia. Patrzyłem na tak wielką podwiżnicę, o jakich czytałem przedtem w życiorysach świętych.

W naszych racjonalnych czasach Żywoty Świętych, żyjących w dawnych czasach przez wielu z nas przyjmowane jest jako pół-legenda. Mimo to, żywe opowiadania o współczesnych nam świętych, którzy niedawno ukończyli bieg życia ziemskiego, lub jeszcze żyją wśród nas – z jednej strony są znakiem autentycznej prawosławnej wiary, a z drugiej duchowo umacniają wierzących ludzi. Oni są świetlistymi przykładami pobudzającymi nas do wysiłku, bo dzieło zbawienia duszy, chociaż wymaga wiele trudu, jest realne i dziś. Duchowy podwig (dźwiganie ciężaru trudów życia ascetycznego) Schymonachini Makarii może posłużyć nam w tym względzie jako cenny przykład do naśladowania, na tyle, na ile będzie ona dla nas świetlistą postacią na naszym duchowym nieboskłonie...

Nie raz starałem się rozpytać o życiową drogę Matuszki tych ludzi, którzy wiele lat nie tylko ją znali, ale i korzystali z jej gościnności, podtrzymywani byli przez nią duchowo i materialnie. Nikt z nich, aż żal, nie potrafił powiedzieć nic rzeczowego o życiu tej wielkiej podwiżnicy. Myślałem często, że nie wolno dopuścić do tego, aby ten wielki przykład do naśladowania jak służyć Chrystusowi, przepadł w mrokach zapomnienia. Jak uczynić go dziedzictwem Cerkwi nie tylko w Rosji, lecz i za granicami naszej Ojczyzny? A może by tak pokusić się o napisanie hagiografii, ziemskiego życia tej przez Boga wybranej podwiżnicy?

Zacząłem prosić Królową Niebios, aby Ona pobłogosławiła Matuszce na opowiadanie swego życia, ponieważ wiedziałem, że podwiżnica uczyni wszystko, ale tylko z błogosławieństwem Bogurodzicy. Sądząc po skutkach, modlitwa moja była przez Nią wysłuchana, a Matuszka sama zaczęła nagle mi opowiadać poszczególne epizody ze swego życia, a ja początkowo notowałem je w pamięci, a następnie zacząłem dosłownie zapisywać wszystko, co tu przedstawiam, w obecności Matuszki.

Z przyczyn dla mnie nie wyjaśnionych dane mi było to szczęście, że przez wiele miesięcy mogłem być nie tylko świadkiem jej rozmów i opowiadań, ale stać się też duchowo bliskim jej człowiekiem, z którym ona mogła swobodnie mówić o najskrytszych tajemnicach swego duchowego życia. Tak oto przez osiem lat nazbierało się wiele zapisków, z których złożono tę oto hagiografię.

sługa Boży Gennadij, czerwiec 1993

1. Narodziny i chrzciny

Schymonachinia Makaria narodziła się 29-go maja 1926 r. (wg kalendarza gregoriańskiego 11-go czerwca) w dzień oddania Święta Paschy, gdy Cerkiew wspomina dziewice Teodozje i czci pamięć ikony Bogurodzicy zwanej “Ucieczką grzesznych”. Rodzice dziewczynki 50-letni Michał Artemowicz i Teodozja Nikiforowna Artemowa, żyli we wsi Karpowo, we Wjazemskim powiecie, w Smoleńskiej Guberni.

Na drugi dzień po narodzeniu, w święto Wniebowstąpienia Chrystusa, dziewczynkę razem z bratem bliźniakiem postanowiono ochrzcić. W sam dzień urodzenia, przyszłej matce chrzestnej, Eudoksji, żyjącej we wsi Bułgakowo, gdzie wcześniej znajdował się żeński dom mniszy pw. “Ucieczki Grzesznych”, było objawione następujące polecenie: mianowicie należało nowonarodzoną dziewczynkę ochrzcić tylko w cerkwi Wielkiego Męczennika Jerzego, znajdującej się we wsi Kułyszi i iść tam pieszo, niosąc niemowlęta na rękach. Świątynia georgijewska – jak ją nazywali okoliczni mieszkańcy – była jedną z większych i piękniejszych w okolicy. Obok niej stała Czasownia (kaplica), a tuż w pobliżu przepływała nigdy nie zamarzająca rzeczka. Proboszczem w świątyni był w owym czasie hieromnich (mnich wyświęcony na kapłana) Wasylij, człowiek o głębokim życiu duchowym, który miał od Boga dar jasnowidzenia i pośród mieszkańców okolicznych wsi zasłynął jako lekarz duchowych i fizycznych chorób. Znał bardzo dobrze rodzinę Artemiewych i nie raz bywał w ich domu.

– Gdy nas przynieśli do chrztu – opowiadała Matuszka – brat był bardzo słaby. Kapłan powiedział: Najpierw ochrzcimy chłopczyka, potem dziewczynkę. Ojciec Wasylij poganiał pałamara (kościelnego): Dawaj szybciej, szybciej, bo chłopczyk może umrzeć. I rzeczywiście, jak tylko niemowlę Jana ochrzcili – on zmarł.

Z kolei ojciec Wasilij ochrzcił dziewczynkę i nadał jej imię – Teodozja, co znaczy – Bogiem dana. Podnosząc niemowlę z wody i podając go matce chrzestnej na białe płótno, powiedział: – Piękna dziewczynka, będzie żyć, ale chodzić nie będzie.

2. Rodzina

Rodzina Artemiewych była największą w powiecie; rodzice, czterech synów z żonami i dziećmi, sześć córek, i tylko jedna z nich wyszła za mąż, wszystkich 20 osób. Mieszkali oni w owym czasie wszyscy w małym domku, w jakim zwykle mieszkała służba i którego ani poszerzyć ani przebudować nie było można. W mieszkaniu było bardzo ciasno, ani gdzie posiedzieć, ani gdzie się położyć. – Niemowlęta płaczą, dzieci trochę podrosłe psocą po swojemu. Maleńkie większym spać nie dają, przez to i te większe płaczą na równi z małymi. Dwadzieścia osób, a żyli jakby ich było dwoje, niczego zbędnego – tylko modlitwa – wspominała Matuszka Makaria.Głowa tej wielkiej rodziny Michał Artemowicz był w owym czasie starszym pracownikiem na kolei. W młodych latach, zaraz po ślubie pracował w cukierni i wypiekał baranki. Ojciec jego Artem, w 1890-ych latach otrzymał zezwolenie na prowadzenie budowy cerkwi w sąsiedniej wsi Tomkino. Michał także w wolnych od pracy chwilach pomagał na budowie: nosił cegły, mieszał zaprawę.

Teodozja Nikiforowna pracowała razem ze swoim mężem na kolei. Oprócz tego zajmowała się szyciem jako krawcowa, szyła ubrania, tkała płótna, dlatego drzwi jej domu nie zamykały się od przychodzących z zamówieniami ludzi.

3. Dziwny znak

W przeszłości w ruskich rodzinach maleńkie dzieci spały w drewnianych kołyskach, podobnych do koryta, które podwieszone były na sznurach za cztery rogi do końca belki. Kołyskę tę nakrywano z wierzchu prześcieradłem. Gdy maleńka Teodozja jeszcze spała w kołysce, około trzeciej godziny po południu, na belce przy kołysce zapaliła się świeca. Skąd ona się wzięła – nikt nie wiedział i nie słyszał. – Dziewczęta, dziewczęta, patrzcie, znów świeczka się pali - dziwiły się synowe – pewnie dziewczynka nie jakaś tam zwyczajna.

– Z tym twoim dzieckiem pewnie związana jakaś przyszłość – mówiły do Teodozji Nikiforowny – my też mamy dzieci, ale przecież u nich świeczki się nie zapalają, a przecież dzieci na oko wszystkie takie same.

Poza tym dziewczynka szybko rosła, nie zostając w tyle za swoimi rówieśnikami. – Wcześnie zaczęłam chodzić, byłam silna, zawsze krzyczałam, jak coś było nie po mojej myśli. Gadatliwa byłam, psociłam, ile popadło – wspominała w swych zwierzeniach Matuszka.

4. Spełnienie proroctwa

Pewnego razu przyszła do matki po uszyte ubranie stara znachorka – zaklinaczka. Popatrzyła na Teodozję i ze zdziwieniem zawołała: – Taka maleńka, a już chodzi. W tym momencie pogładziła ją ręką po głowie i po plecach. Pod dziewczynką ugięły się kolanka i upadła. – Czemu nie wstajesz, czemu nie chodzisz? – pyta ją matka podchodząc do leżącej na podłodze Teodozji. – Jakże ja mam chodzić, skoro kolan nie mogę rozprostować – odpowiedziała dziewczynka. Od tego czasu zachorowała na nogi; jeden dzień chodziła, a na drugi wpadała w niemoc. Bywały przypadki, że nie wstawała po cztery godziny pod rząd. Padała na podłogę i już sama nie mogła wstać. Nieszczęśliwi rodzice wozili dziecko po doktorach, ale leczenie nie dawało żadnych rezultatów. Takie chore dziecko stało się ciężarem dla wielkiej rodziny.

5. Przez wszystkich odrzucona

Wszystkie obowiązki domowe w rodzinie Artemiewych spoczywały na synowych; one pilnowały porządku, gotowały posiłki. Te, które gotowały, nigdy nie dosypiały. Trzeba było już wstawać o pół do czwartej w nocy, aby na czas przygotować posiłek i wszystkich nakarmić: jednych przed pójściem do pracy, innych przed wyruszeniem do szkoły. Posiłek przygotowano trzy razy dziennie. Rano dwa wielkie kotły, jeden z zupą, drugi z kapuśniakiem. W czasie śniadania, obiadu i kolacji do stołu siadało się według kolejności, pierwszy do stołu zawsze siadał ojciec i czterech synów i ich żony. Po nich siadała matka i córki, a dopiero po nich karmiono cały drób, wszystkie dzieci i niemowlęta. W domu nie było głodu. Na stół stawiało się jedną większą miskę z zupą czy z kapuśniakiem i z niej wszyscy czerpali swoimi łyżkami.

Dla Teodozji za stołem miejsca już nie starczało; przypominali sobie o niej w ostatniej chwili. Chora i głodna dziewczynka pełzła pod stołem i rada była, jeśli znalazła skórkę chleba rzuconą przez kogokolwiek. – Oni nie ulitowali się nade mną i karmić nie chcieli, czekając, abym umarła. Tak mnie zamorzyli, że już tylko pełzałam, nie wiem, jak przeżyłam – wspomina Matuszka. Jeszcze nie miała dwóch lat, gdy głodna dotarła do sagana, aby wyciągnąć sobie z niego coś do jedzenia. Przewróciła go na siebie, a tam była gorąca woda. Drugim razem chciała wyciągnąć z sagana kartofla, wsadziła do niego rękę, a tam był ukrop i oparzyła rękę.

6. Nieuleczalna choroba

Domownicy nie raz dogadywali dziewczynce: – Bodaj by ciebie już Bóg zabrał. – Po co ty siedzisz jeszcze w tym kąciku? – pytała nawet rodzona matka. – Mateńko, moje nóżki nie chcą się teraz wyprostować – odpowiadała dziewczynka.

Do trzeciego roku, choć z trudem, ale trochę chodziła, a gdy czuła, że nie może wstać, wtedy trzymała się ściany. Od trzeciego zaś roku życia, według słów Matuszki, nie zrobiła już ani jednego kroku. Ostatnie wizyty u lekarzy nie dały już żadnych rezultatów. Ostatnia nadzieja pozostała w lekarzach ze stolicy. – Prosiłam lekarzy, uleczcie mi nóżki abym mogła chodzić. Dlaczego mnie nie leczycie? Oni mnie za to na rękach nosili i mówili z żałością: Fiejoniuszka, jakaś ty piękna dziewczynka, tylko nóżki nie chodzą.

Wyczerpały się, jak się zdawało, wszystkie możliwości; rodzice przywieźli dziewczynkę do Ojca Wasylja, który w swoim czasie ochrzcił dziewczynkę i wypowiedział proroctwo, że dziewczynka chodzić nie będzie. – Późno przyjechaliście – z wyrzutem powiedział O. Wasylij. – Gdybyście przywieźli dziewczynkę do mnie od razu, wtedy jeszcze można by było ją uleczyć. On mówił o duchowym leczeniu, a w tym, co się stało z dziewczynką widział palec Boży i Boży plan względem Teodozji. Od tego czasu nogi u Teodozji całkowicie przestały się zginać i rozprostowywać i ona już nigdy w swoim życiu nie stanęła na nich.

7. Wczesny zatwor

Gdy rodzina Artemiewych kładła się spać w swoim ciasnym domku, wszyscy ścielili sobie do snu, a miejsce chorej dziewczynki było pod łóżkiem. Tam ona już nie tylko spała, ale i spędzała większą część dnia. – Ja tylko pod łóżkiem siedziałam – opowiada Matuszka – a wychodzić spod niego nie było mi wolno. To dzieci mi dokuczają, to dorośli, a czasem matka ze złością krzyknie: Spełzaj z drogi. A mnie przykro, czy mam przesiedzieć pod łóżkiem całe życie?

8. Troskliwy ojciec

Gdy przychodził z roboty ojciec, wyciągał córkę spod łóżka, wynosił ją do sadu, gdzie rosły grusze, jabłonie i śliwy i częstował ją owocami. – Często płakałam gorzkimi łzami i prosiłam, aby mi przyniósł cukierków – wspominała Matuszka – Ojciec odpowiadał – nie mam pieniążków na cukierki.

– A dziewczynki dostają?

– A dziewczyny dzieciom i pieluszki kupują i inne rzeczy..

– Oj, tatusiu kochany, – wpraszała się dziewczynka – ja obetrę łzy i nie będę już płakać. Ty wyjmij na chwilę dzieci z kołyski i połóż mnie, abym choć trochę w niej poleżała, przecież jestem chora.

Poleżeć choć trochę w kołysce było wielkim szczęściem dla chorego dziecka, które w swoim krótkim życiu pozbawionym radości tak mało zaznało troski i ciepła.

Michał Artemowicz pięknie grał na akordeonie i nierzadko w świąteczne i niedzielne dni prosili go do grywania na zabawach w Dubrowkach. Jego żona, Teodozja Nikiforowna, oprócz cerkwi nigdzie nie chodziła, a w wolnym od pracy czasie natychmiast uciekała do domu, by zajmować się dziećmi i wnuczkami.

Bywało i tak, że ojciec chorej Teodozji mówił do swoich domowników: – Dzisiaj nie idę na zabawę grać na harmonii. I zwracając się do córek i synowych dodawał: – Dziewczęta, dzisiaj wy też siedzicie w domu, będę wam czytał Biblię. Sąsiedzi też przychodzili posłuchać słów Pisma Świętego.

Michał Artemowicz sadzał sobie Teodozję na kolana i na głos zaczynał czytać Biblię. – Choć maleńka jeszcze byłam – z uśmiechem wspomina Matuszka – jak zaczynał ojciec czytać Ewangelię to już uszka nadstawiałam.

Głęboko zapadały w czyste dziecięce serce życiodajne słowa Boskiej Ewangelii.

Nie pojmując wiele z tego, co czytał ojciec, maleńka Teodozja zrozumiała, że Bóg zawsze pomaga ludziom i dlatego błagała Go o pomoc: – Boże, Boże, uszyj mi buciki – zwracała się dziewczynka do Wszechmogącego Boga z naiwną prośbą, ponieważ nie miała żadnych bucików, a nóżki marzły.

Siedząc pod łóżkiem, dziewczynka, która nie skończyła jeszcze dwóch lat, z przejęciem śpiewała: “Zastupnica wsiem-wsiem” (Orędowniczka wszystkich-wszystkich). Podchodziła czasem matka do łóżka i mówi: “Oj ty, czupiradło moje, należy śpiewać: “Zastupnica Userdne” (Orędowniczko Nieustanna). – Mamusiu, ja jeszcze umiem: “Gospody, Gospody – budy so mnoju” (Boże, Boże, bądź ze mną) – odpowiadała Teodozja. Nie mając jeszcze trzech pełnych lat, dziewczynka znała już na pamięć “Ojcze nasz” i “Bogurodzico Dziewico, raduj się...”

9. Pierwsza nastawnica

W niedługim czasie rodzina Artemiewych przeprowadziła się do drugiego, zimnego, ale za to przestronnego domu, który przezwano kasarnią (koszarami). W tym domu były pokoje na cztery rodziny i jadalnie dla służby. Niedaleko od kasarni rozciągał się obóz, gdzie przychodziły “wychowywane przez pracę” mniszki, przepędzone z monasterów. Rodzina Artemiewych dokarmiała zamorzone pracą i głodem siostry, a te z kolei dopomagały im w gospodarstwie.

Jedną z mniszek Michał Artemowicz poprosił, by doglądała chorą córkę. – Bywało, że mniszka zaczynała czytać modlitwy, 17 katyzmę Psałterza, Ewangelie i zdawało mi się, że mnie na kolana postawi – wspomina Matuszka.

10. Objawienie Prepodobnego Tichona

W czasie, gdy Teodozja miała 2 lata i 3 miesiące miało miejsce wydarzenie, które odcisnęło znaczny ślad w jej życiu. Dziewczynka siedziała na podłodze, na położonej jakiejś szmacie, a matka na ławie. Niespodziewanie do pokoju zajrzał nieznajomy człowiek, lat około 50-55. Jak tylko otworzył drzwi, zaraz zapytał maleńką Teodozję: – Czy są u was ikony? – A jakże – ze zdziwieniem odpowiedziała dziewczynka – są i tu, i w drugim pokoju. Oto ikona Najświętszej Trójcy, oto Zbawiciela, a to Świętej Męczennicy Barbary. Nawet mamy piękną lampadkę... Nieznajomy człowiek był ubrany w jakieś palto, z przodu fartuch, głowa odkryta, z brodą.

– Ja stawiam piece – powiedział.

– Nie, ty nie jesteś zdunem, – powiedziała dziewczynka – a batiuszką. Pomóż mi. Moje nóżki nie chcą chodzić!

– Masz cierpieć, tak chce Bóg – wyjaśnił przybyły. Potem podszedł do Teodozji, nakrył ją epitrachilem, odmówił modlitwę i zaczął coś jej szeptać do ucha. Wtedy podeszła matka, wzięła dziewczynkę na ręce i wyniosła do kuchni.

“Zdun” poszedł za nimi. Usiadł na ławce przy piecu i zaczął mówić matce, aby dziewczynki więcej po lekarzach nie wozić i nie oddawać do przytułku, jak radzili im niektórzy znajomi.

Gdy “zdun” siedział na ławce, poły jego jesionki rozsunęły się i pod nimi Teodozja ujrzała świetliste szaty, od których rozlewał się zadziwiający, nieziemski aromat. Wychodząc, powiedział: – Naucz się modlitwy do Prepodobnego Tichona Kałużskiego. (Założona przez św. Tichona z Kaługi pustelnia leżała od ich wsi w odległości stu kilometrów).

11. Młoda zatwornica

– Od najwcześniejszych lat mego życia nie miałam najmniejszej radości. Siostry stroiły się w piękne kaftaniki, a ja wciąż w brudzie. Trochę zazdrościłam siostrom. One obszyte, wystrojone, ułożone, a tylko ja – takie nic! Zamorzona też byłam, cieniutka, z kołtunem na głowie, brudna, nawet w rzece byś mnie nie odmoczył – niejednokrotnie z goryczą wspominała Matuszka o swoim pozbawionym radości dzieciństwie. – Zaczynałam podrastać troszkę, byłam już większa, ale ludzie poniżali mnie, dokuczały mi dzieci. Bałam się wszystkich.

Widząc to wszystko ojciec ot tak sobie kiedyś powiedział: – Trzeba ją odgrodzić. Przyniósł do domu deski, a Teodozja pomyślała, że on chce dla niej już robić trumnę. – Zabije, w dół wrzuci i pochowa. Byłam wystraszona, leżałam jak drewniana – wspomina Matuszka. Ojciec mnie pyta: – Kto ciebie przestraszył?

– Ty mnie przestraszyłeś! I opowiedziała mu o tym, co pomyślała.

Tak oto wybudowano pierwszą celę dla przyszłej podwiżnicy. Już wtedy nie znała ona żadnej radości. Nigdy nie bawiła się z dziewczynkami, ani z chłopcami. Tylko jeden raz, gdy wiejskie dziewczynki zebrały się “wodzić korowody” z pieśniami i tańcami, matka zawołała do niej: – No czupiradło, pójdziemy popatrzeć.

– Moje nóżki nie chodzą – odpowiedziała jej dziewczynka.

– Wezmę cię na ręce.

Matka usiadła na ławce, posadziła chorą Teodozję na kolanach. Dziewczęta zaczęły pląsać w korowodzie i zaśpiewały pieśń “Zielony tuman”. Usłyszawszy pieśń dziewczynka ześlizgnęła się z kolan matki i najszybciej jak tylko mogła podczołgała się do domu i schowała pod łóżko, zaciągając nakrycie łóżka do samej podłogi.

12. Pod Bożym Ołtarzem

Spośród wszystkich synowych, Teodozji współczuła tylko żona średniego brata, bezdzietna Sofija. Tego imienia dziewczynka wypowiedzieć nie mogła jeszcze wtedy i nazywała ją po prostu “Sofka”, lub “niania Sofka”. Pewnego razu, gdy Teodozja miała trzy latka, Sofija przyniosła ją do Cerkwi. Po świętej Liturgii okazało się, że Teodozja gdzieś przepadła. Sofija obszukała wszystkie zakamarki świątyni, ale dziewczynki nie znalazła. Nie pozostało nic innego, jak zwrócić się do kapłana. – Jak uważasz, batiuszka, ale poszukaj dziewczynki przy ołtarzu. – Tam mnie znalazł śpiącą pod ołtarzem, dzięki wystającej nóżce mnie znalazł. Ołtarz był przykryty, ja pod obrus się wemknęłam i usnęłam, bo spać mi się bardzo chciało – opowiada Matuszka Makaria, i dorzuciła: – Bóg mi drogi nie zagrodził a im oczy oślepił. Jak wiadomo, według cerkiewnych kanonów, ołtarza, na którym w niewidzialny sposób zasiada sam Bóg, mogą dotykać tylko sami kapłani i diakoni.

13. Topielec

Gdy Teodozja jeszcze nie miała pełnych czterech lat, postanowiła umyć sobie w rzece nóżki. Dziewczynka przypełzła na samą krawędź drewnianych pomostów, z których kobiety płukały bieliznę. Deski były przegniłe, połamały się i Teodozja wpadła do wody. Na brzegu zebrał się tłum gapiów, jedni się modlą, inni rozpaczają i lamentują w niebogłosy. Przybiegła matka Teodozji zatrwożona o to, że mogą ich pociągnąć do odpowiedzialności, bo wszyscy we wsi przecież wiedzieli o złym traktowaniu dziecka przez rodzinę. Cioteczna siostra Teodozji wskoczyła do wody i dopłynęła do ciała utopionej dziewczynki i wyciągnęła ją za włosy. Bezwładne ciałko nieszczęsnej dziewczynki położyła na brzegu na podłożonym przez kogoś prześcieradle i inni zaczęli usuwać z niej wodę. W końcu zaczęła okazywać znaki życia.

14. Życie w domu Antoniego

Na krzyk Artemiewych przybiegł nad rzekę ich sąsiad Antoni Semenowicz. Zawinął dziecko w prześcieradło i przycisnął do siebie i zaniósł do swego domu. Po drodze zawołał do matki: – Nikt z was się nią nie zajmuje i nie troszczy, a ona musi żyć długo.

Antoni Semenowicz był kucharzem w Kremlowskim Czudowym Monasterze. Kiedy monaster został zamknięty, mnichów i posłuszników rozpędzono, więc i kucharz przyjechał do rodzinnej wsi, gdzie żył tylko o jeden dom dalej od Artemiewych z żoną i dwoma synami. W spichlerzu (a był on w wiejskim gospodarstwie jednym z najczyściejszych miejsc, gdzie w skrzyniach trzymano ziarno) Antoniego Semenowicza wisiało wiele pięknych ikon i porządnych lamp, a także stało wielkie od podłogi do sufitu Rozpiatje (Krzyż z przedstawieniem ukrzyżowanego Chrystusa). Na taborecie zaś leżała ogromna, chyba ważąca z półtora puda, stara Biblia w skórzanej oprawie z miedzianymi zameczkami po bokach, którą przywiózł z Czudowego Monasteru.

Wujek Anton, lub Antoni Wielki, jak nazwała go Teodozja według imienia świętego, które nosił, nocami modlił się w swoim spichlerzu. Czasami mówił do Teodozji: – No, oblubienico Chrystusowa, czemu się zatroskałaś, stawaj ze mną na modlitwę. Ja, maleńka, stałam na kolanach cała przemarznięta – opowiadała Matuszka. Często przychodził do Antoniego miejscowy kapłan, służył św. Liturgię w spichlerzu i udzielał mi Eucharystii.

W domu Antoniego Semenowicza dziewczynce żyło się dobrze, była syta. Zawsze były pierogi, kupili dla niej też sukienkę, półbuciki. Gospodyni domu, Aksynia, troszczyła się o Teodozję i często kładła ją do swego łóżka, aby dziecko odpoczęło. Gdy wszyscy wychodzili z domu, dziewczynkę zamykano w spichlerzu z ikonami, gdzie się modliła, a po powrocie zabierali ją znów do domu.

15. Pierwsze oznaki jasnowidzenia

Już we wczesnym dzieciństwie pojawiły się u Teodozji pierwsze oznaki daru jasnowidzenia – prozorliwości. Pewnego razu Antoni Semenowicz usiadł na ławce, wpadł w głęboki sen i nie mógł się przebudzić. Wszyscy myśleli, że umarł, a dziewczynka powiedziała do jego żony: – Ciocia Aksiunta, wy nic mu nie róbcie, połóżcie go do łóżka, pośpi sobie trzy dni i sam się obudzi. I tak się stało, po trzech dniach wujek Antoni obudził się i po tym wszystkim dosłownie otrzymał objawienie, zaczął jeszcze bardziej zajmować się duchowymi sprawami. Swoim domownikom mówił: – Nadchodzi zły czas” (zaczynała się pięciolatka, w czasie której twórcy bezbożnej sowieckiej Rosji planowali skończyć w wszelką religią). Mówił dalej: – Trzeba więcej milczeć i bardzo dużo się modlić. Do Michała Artemowicza prosto powiedział: – Z twojej córki można stworzyć świętego człowieka.

Choć żyło się Teodozji w domu Antoniego bardzo dobrze, to jednak bardzo tęskniła za matką, więc nosił ją do domu. Tak Teodozja przeżyła kilka lat w dwóch domach do czasu, gdy do sąsiadki Aksynii przyjechały na stały pobyt jej rodzone siostry. Spokojne życie w tym domu od tego momentu zostało naruszone.

16. Rodzina Artemiewych przychodzi po rozum do głowy

Częściej od innych liczna rodzina Artemiewych jeździła do cerkwi we wsi Kykyno, aby przystąpić do świętej Eucharystii. Wioska ta leżała niedaleko, więc zabierali ze sobą i Teodozję. – Na kolankach całą służbę przestałam – wspomina Matuszka – a ojciec Iwan podejdzie i powie: Oj ty niebożę, tobie Matka Boża nóżki zabrała. W kykyńskiej cerkwi była wielka ikona Bogurodzicy “Wsiech skorbieszczych Radost” (Wszystkich Stapionych Radość). Pewnego dnia Sofija przyniosła Teodozję do świątyni i posadziła na ławce. Teodozja spełzła z ławki na podłogę, wdrapała się do tej ikony, chwyciła za jej obramowanie rękoma i zaczęła gorzko płakać, tak, że u wszystkich w świątyni, którzy to widzieli na własne oczy mimowolnie wypłynęły łzy. Od ołtarza (zza ikonostasu) wyszedł proboszcz, wziął dziewczynkę na ręce i zaczął ją pocieszać słowami: – Królowa Niebieska nikomu nóżek nie zabiera! Po prostu twoje nóżki są chore – powiedział – i tak więcej nie mów, bo Ona może się pogniewać. Po zakończeniu Świętej Liturgii kapłan podchodząc do Artemiewych, pouczył ojca i matkę, aby nikt i nigdzie nie mówił dziewczynce o jej chorobie. A sama Teodozja prosiła, aby pouczył rodziców, by więcej nie nazywali ją “Fiejonóżką”. Po tym całym zajściu, wszyscy domownicy nazywali Teodozję już pełnym imieniem.

17. Dobry batiuszka

Sofija często nosiła dziewczynkę do cerkwi. Sama się wystroiła, więc i Teodozję schludnie ubrała, brała ją na ręce i niosła do świątyni. – Ja cerkiew bardzo lubiłam, a jak zobaczę batiuszkę, to czy on chce, czy nie, uczepię się mu do szyi i mocno, jak najmocniej go pocałuję – opowiada Matuszka Makaria. – Batiuszka Iwan prawie że z krzyżem mnie witał, a prosfor (chlebków używanych do Eucharystii) wszystkie kieszenie powypychał. Brał mnie na ręce i niósł przed ołtarz. Ludzie szemrali: A cóż to za dziewczynka, co ją aż do ołtarza zanoszą. Jak wiadomo, według cerkiewnych kanonów, kobietom do ołtarza (za ikonostas) wchodzić nie wolno. On bardzo lubił ze mną rozmawiać, czasami mnie do domu odnosił, to na wygodnym siedzeniu posadził, aby mi wygodniej było. Ja bałam się: on jakby ogniem pałał, taki blask bił od jego oblicza. Chciało mi się śpiewać, ale tego bałam się aż do śmierci. Także patrzeć na niego do ostatniego razu bałam się.

Sądząc po tym, Ojciec Iwan wiedział o nadprzyrodzonych darach Teodozji i jej wybraniu przez Boga. Sam zakończył swój żywot jak sprawiedliwy sługa Chrystusa, w sam dzień Świętego Chrystusowego Zmartwychwstania w swojej świątyni, w pełnych szatach kapłańskich.

18. Pouczenie od Królowej Niebios

– Nie pamiętam kiedy modliłam się do Matki Bożej i błagałam Ją: Uzdrów mnie od tej choroby, przebacz mi, jeśli jestem grzeszna. Płakałam, prosiłam Królową Niebios, a Ona zjawiła mi się we śnie i mówi: Czemu płaczesz, czemuś taka przybita? – A co mam czynić, przecież moje nóżki nie chodzą? Modlitwy do Anioła Stróża też nijak nie mogłam się nauczyć na pamięć, z tego powodu też płakałam. – Dobrze, będę ciebie uczyć – powiedziała Bogurodzica. Tak się uczyłam. Widziałam Ją we śnie, a Ona mówi: No, zaczynamy. Ja będę czytać, a ty powtarzaj i ucz się na pamięć. Dwa razy przeczytała, a ja już wszystko zapamiętałam. Ona w pamięci mi wszystko ułożyła i zaczęłam czytać jak z nut. Teraz nigdy nie zapomnisz – powiedziała mi Królowa Niebieska.

Dziewczynka miała wtedy pięć lat.

19. Niedoszła operacja

W owym czasie lekarze chcieli zrobić dziewczynce operację ścięgien na nogach, by te mogły się zginać. W szpitalu przygotowywano Teodozję do operacji, podali narkozę, chirurg wziął do ręki skalpel, lecz z przestrachu w jednej chwili odrzucił go ze słowami: – O Boże, przebacz! Gdy lekarz przyszedł do siebie, zaczęto go wypytywać, co się stało, dlaczego nie rozpoczyna operacji.

– Niebieska straż stoi dookoła i nie dopuszcza. Powiedziano mu stanowczo, że tego dziecka nie wolno dotykać. W szpitalu przeleżała Teodozja od postu przed Bożym Narodzeniem aż do lata, a następnie ją wypisano.

20. Uzdrowienie

Teodozja miała 7 lat, gdy jej nogi do samych kolan pokryły się ranami. Dziewczynka błagała Przeczystą Bogurodzicę i Symeona miłego Bogu o pomoc. – Oto około Podwyższenia Krzyża Świętego (14 września) leżę i proszę Matkę Bożą: Przyślij jakiegokolwiek świętego, aby choć połowę ran moich zabrał.

Była jasna, księżycowa noc, zbliżała się północ. Patrzę, ktoś w jasnych świetlistych szatach jakby wyjął szkło z okna i krzyknął do mnie: Matuszko Teodozjo, powiedz matce, aby poszła do ogrodu, narwała kapuścianych liści i obłożyła twoje nóżki. A mieliśmy taką wielką kapustę w tym czasie, – mówiła Matuszka – że jednym liściem nóżkę można było dwa razy owinąć. Zrobili jak było powiedziane, ze trzy dni spałam, a nóżki się wygoiły. Taka maleńka byłam, a już Matuszką mnie nazwano – dodała.

21. Błaganie w nieszczęściu do Bogurodzicy

– Zbliżał się czas iść do szkoły, oj, jakże ja płakałam, aż bolało mnie serce – wspomina Matuszka Makaria. – Wszyscy moi rówieśnicy poszli do szkoły, a ja nieszczęsna, chora. Jak zobaczyłam nauczycielkę, kłaniałam jej się do nóg i prosiłam: Najmilsza, zabierz mnie na naukę. Potem zwróciłam się do Matki Bożej: Włodarko, dlaczegoś tak mnie zostawiła, przecież zostanę analfabetką. Matko Boża, naucz mnie całej mądrości niebieskiej. Przecież nie chcesz, abym pozostała ciemna.

22. Sen w letargu

W ósmym roku życia Teodozji zdarzyło się coś, co zmieniło cały przyszły jej los. Pewnego razu, gdy zasnęła jak zwykle, następnego ranka, gdy zaczęto ją budzić, nie przebudziła się. Domownicy doszli do wniosku, że na koniec Bóg wysłuchał ich modlitw i zabrał ją do Siebie. Ojciec odwiózł dziewczynkę do szpitala, gdzie ją obejrzeli i zawyrokowali: – Jeśli przez 14 dni się nie obudzi, to można będzie stwierdzić, że rzeczywiście umarła. Tak, według niezbadanych wyroków Bożych, Teodozji nie pochowano od razu, nie zrobiono też sekcji zwłok, ale umieszczono ciało w kostnicy.

23. W Raju

Dziewczynka nie umarła, a pogrążyła się w letargicznym śnie. W tych dniach, gdy jej ciało chłodne i bezduszne leżało rzędem z trupami, dusza jej przebywała w pozagrobowym świecie. Anioł Stróż pokazywał jej rajskie przybytki. – W Raju zawsze ciepło, zawsze świeci słońce – opowiadała Matuszka o tym, co zobaczyła w taki cudowny sposób prawie 60 lat temu, a wspomnienia jej o Niebieskim Świecie były zadziwiająco świeże i wyraźne. – Tam i słońce nie takie, jak tu, ale ogromne. I kwiaty kwitną jak i tu, lecz są i niebiańskie, są też i takie, jak na ziemi. Trawa jest tam zielona, przepiękna, a wszystkie ścieżki równe i czyste. Sady są przepiękne, a owoce słodkie. One są bardzo, ale to bardzo urocze i dosłownie miodem nalane. Ptaszki na drzewach i maleńkie i większe, i pomyślałbyś, że to ludzie śpiewają, a to tylko ptaszki.

Gdy zaś Anioł chciał pokazać jej w rajskich przybytkach coś nowego, to sadzał ją sobie na plecy i objaśniał, gdzie teraz polecą. Pokazał on Teodozji pałac, gdzie przybywa Sam Chrystus i gdzie świeci największe światło w Raju. Wokół tego pałacu jest wysokie ogrodzenie. Gdy otwierane były jego bramy to słychać było dzwonienie dzwonów. Z Chrystusem za tym ogrodzeniem mogli znajdować się Jemu najbliżsi: Bogurodzica, Jan Chrzciciel, Święty Biskup Mikołaj ...

Anioł Stróż pokazał Teodozji ogromny, cały ze złota przezroczysty Przybytek. – Tam pałac największy postawiony, że nawet trudno sobie przedstawić ile w nim miejsca, – opowiadała Matuszka – aby wszyscy Sprawiedliwi mogli znaleźć się w nim na służbie. W prezbiterium tej świątyni stoi prestoł (najświętszy stół – ołtarz), a na nim srebrzysta Ewangelia. Według naszego czasu (rosyjskiego) o jedenastej w nocy zbierają się w tym chramie wszyscy kapłani na czele z Chrystusem i na niebiosach celebruje się przedziwna Tajemnica.

Kapłani tam służą w takich szatach liturgicznych, w jakich służyli na ziemi. Aniołów w tej świątyni mnóstwo, a wszystkie służą z kadzielnicami. A później oni tak głośno i pięknie śpiewają, że i opowiedzieć tego nie sposób.

Dziewczynka zapytała:

– A dlaczego w tej świątyni nie ma ikon?

– A po co nam ikony – usłyszała w odpowiedzi – skoro wszyscy tu jesteśmy żywi.

– A kiedy pójdziemy do świątyni na Służbę? – zwróciła się Teodozja do swego Anioła Stróża.

– Jeszcze jest za wcześnie, byś mogła tam pójść. Kiedy przyjdziesz tu drugi raz, wtedy tam pójdziesz.

Wokół siebie Teodozja widziała mnóstwo Aniołów w białych, różowych, żółtych szatach. Kiedy oni przelatywali, to przyciskali do siebie swoje skrzydła i chowali je pod szatami i już niczym nie odróżniali się od ludzi.

– A Archanioł Michał jest najważniejszy wśród nich. Ma on najgroźniejsze zadania, lecz z wyglądu nie jest groźny i chodzi w większości w czarownych szatach – ciągnęła swoje opowiadanie Matuszka Makaria. – Jest najpiękniejszy z najpiękniejszych. Patrzyłabym na niego i nigdy bym się nie mogła nasycić jego urodą. Są zawsze we trzech: Archanioł Michał, Gabriel i Rafał. Wzrostem Archaniołowie są niewiele wyżsi od innych. Szaty mają długie, powiewne, jakby na wietrze, połyskliwe. Włosy ich kręcone, nie wiedzieć jak, a na głowie wstęga zawiązana z tyłu, a końce jej luźno zwisają. Przechadzają się na dziedzińcach głównego pałacu.

Opowiadała Matuszka i o tych, którzy okazali się godnymi za swe sprawiedliwe życie przebywać w Raju. – Tam wszyscy młodzi, radośni, przepiękni, a starców tam nie ma. Matka Boża jeden raz powie, komu jakie szaty trzeba uszyć. Na szatach są napisy, wyszyte wielkimi literami: z lewej – niebieski oddział, a z prawej – imię.

– Tutaj wciąż cierpimy, a tam na niebiosach spływają same radości. Tej piękności nie możesz porównać do naszego ziemskiego życia. W Królestwie Niebieskim są pałace, podobne do naszych monasterów, stoją pod rząd, a nabudowano ich tyle, że nie policzysz ich nigdy. Bicie dzwonów tam nigdy nie milknie. Żyją tam w maleńkich domkach z dosłownie szklanymi oknami, ale okna nie mają ram. Narodu tam takie mnóstwo, jak i budowli, jeśli popatrzysz, zadziwisz się. A jak tam świetliście, jak przecudnie. Najpiękniejsza wśród wszystkich jest sama Bogurodzica. Jest raz to w niebieskich, to w różowych, lub w ciemno-czerwonych szatach. Przychodziła Bogurodzica do mnie, a z Nią Jan Chrzciciel, Prorok Eliasz, Mikołaj Cudotwórca i święta Katarzyna. A kilka razy przyszedł z Nią i Tichon Kałużskij. – On wiedział wtedy, – wyjaśniała Matuszka – że będę nosiła imię Tichona i mi to wcześniej przepowiedział.

W Królestwie Niebieskim Bogurodzica przebywa krótko. Więcej czasu spędza na ziemi, gdzie pomaga tym, którzy błagają Ją o pomoc.

Duszę zmarłego człowieka bierze trzech Aniołów: pierwszy spowiada z grzechów, drugi udziela Eucharystii, trzeci przenosi na niebiosa. Wszyscy, którzy przychodzą tu z ziemi są pod nadzorem, bo Aniołowie Stróżowie ich pilnują. Za nowoprzybyłym Anioł śledzi nieustannie do czterdziestego dnia, aby się gdzieś nie zapodział. A gdy przychodzi czterdziesty dzień, wtedy mu jest sądzone, gdzie będzie przebywać dusza. – Rzecz ciekawa, – z uśmiechem opowiadała Matuszka – gdy sąd się odbywa, inni Aniołowie zbierają się w tym czasie z tym, który ma pieczę nad duszą, nad którą dokonuje się ów Sąd. A jak oni serdecznie wstawiają się za tą duszą.

24. W piekłach

Widziała Teodozja i niektóre mytarstwa. – Ci, którzy nie będą zbawieni, idą tam, gdzie “czarni” urzędują – wyjaśniała.

– Boję się – wołała dziewczynka do Anioła Stróża. Ale ten ją uspakajał:

– Ty nie musisz bać się niczego, bo ja zawsze jestem z tobą.

Zapamiętała Matuszka jedno z miejsc męczenia grzeszników. Był to długi i mroczny tunel bez brzegu i końca, gdzie w komorach – niszach tłoczyli się i płakali nieszczęśnicy. Widziała też “pole śmierci” dolinę, której brzegów okiem nie dostrzeżesz i opowiadała też, jak siedzą tam na lodzie mleczarki, które na ziemi dolewały wodę do mleka, a teraz oddzielają mleko od wody.

– Byłam tam pół dnia – opowiadała Matuszka Makaria – a tu Matka Boża już mnie szuka: Gdzie podziała się moja męczennica?

25. Obietnica Królowej Niebios

W czasie przebywania Teodozji w Raju, bardzo płakała i prosiła Królową Niebios o uzdrowienie jej nóżek, albo pozostawienie jej tam. Matka Boża jej odpowiedziała: – Tu zostać nie możesz, bo przydasz się bardziej na ziemi. – Ale nie pozostawię cię samą – obiecała Teodozji.

26. Przebudzenie

Przed swym przebudzeniem dziewczynka ujrzała, jak do jej martwego ciała podeszli dwaj aniołowie, każdy z naczyniem w dłoni i jeden zapytał drugiego:

– Jaką wodę jej damy, żywą czy martwą?

– Żywą – odpowiedział jej Anioł Stróż.

– A jak jej dasz żywą wodę?

– Sam ją wleję w nią.

I po tym widzeniu ciało dziewczynki zaczęło się robić cieplejsze i ona się przebudziła. Zupełnie naga dopełzła do drzwi i z wielkim trudem wyczołgała się na wolność. Widzący ją ludzie wpadli w przerażenie.

27. Odwiedziny Świątyni

Z martwych powstałą dziewczynkę rodzice zawieźli do cerkwi, aby mogła przystąpić do Eucharystii, do tego samego ojca Wasylja, który przepowiedział jej los. W tym dniu batiuszka wyspowiadał Teodozję i rozmawiał z nią półtorej godziny, a ona pokornie klęczała i płakała. Oczekujący w kolejce do spowiedzi ludzie mówili między sobą: – Maleńka, a taka grzesznica, musi ją batiuszka tak długo spowiadać. W tym czasie batiuszka Wasylij dał pouczenie młodej wybrance Bożej, jak ma żyć, jak ma się modlić, jak szanować ojca i matkę.

28. W modlitwach do Włodarki Niebieskiej

Od tego czasu Michał Artemowicz coraz częściej mówił o córce: – To dziecko trzeba Bożym sprawom poświęcić. Niech ona z Boskich źródeł czerpie słodycz, a i my napełnimy się radością.

– Kiedy wyrosłam, żadnych pieśni nie znałam, to wszystko było przede mną zamknięte i zabronione – mówiła Matuszka. – Ojciec nigdy nie chciał mi pokazać jak się gra na harmonii: Przecież jesteś taka kaleka, po co tobie to umieć. Jak będziesz dorosła, będzie cię ciągnąć do harmonii. Wtórowała mu też matka: Tyś niezdolna do niczego, módl się do Boga, tylko On będzie ci we wszystkim pomagał.

Ojciec nigdy nie mówił złych słów do matki, tylko zawsze powtarzał: Fieniuszka moja, choć no tu, niech cię pocałuję. A ja wtedy mówię do ojca: Ty masz jedną Fieniuszkę szczęśliwą, a drugą nieszczęśliwą, ty byś lepiej mnie nieszczęsną pocałował – opowiadała Matuszka. Nie tylko w dzieciństwie, ale i w następnych latach nie zaznała żadnych względów, ani pociechy.

Dzieci w rodzinie Artemiewych wychowywane były w karności i każdego dnia długo klęczały na modlitwach.

– Wzywali mnie na modlitwę – wspominała Matuszka – a ja cała brudna, głowa nie rozczesana. Usadawiam się na kolanach do modlitwy, modlę się na kolanach. O czwartej rano modliłam się, w samej koszulinie i nóżki gołe zmarzły. Modliłam się do Matki Bożej czy byłam goła, rozzuta, z kołtunem na głowie, głodna, a zawsze się modliłam. Ona mnie pocieszała, a ja mówię: Matko Boża, u nas maleńkich dzieci wiele, bardzo maleńkich dzieci, im także zimno, szkoda takich kruszyn.

Ojciec czasem to widział i mówił:

– Czemu ty się tak trzęsiesz?

– Nóżki przemarzły – odpowiadam ojcu.

On się na matkę złościł: Ach ty, taka a taka, dziecku nóżki przemarzły, chociaż byś dywanik podścieliła.

29. Młoda pomocnica

Gdy starsi wychodzili czy też wyjeżdżali z domu, małe dzieci zostawiano pod opieką Teodozji. Także w gospodarstwie ona niemało pomagała Matce. Zwijała w kłębek nici, wiązała, była bardzo pojętna, wszystko chwytała w lot, chociaż nikt jej specjalnie nie uczył.

– Byłam młodziutka, szybka, chudziutka, – wspominała Matuszka – Samowar do pleców przywiązałam i poczołgałam się nad rzekę czyścić go i umyć. Bieliznę z matką płukałam, a w ósmym roku już sama krowę doiłam. Mówili do mnie: Weźmiesz uzdę specjalną, dasz krowie trochę chleba, zegnie głowę, wtedy szybko uzdę na głowie zawiesisz i w zagrodzie do żerdzi przyciągniesz krowę, aby głową nie tłukła na prawo i lewo. Tak robiłam. Krowa stała spokojnie, ani drgnęła. A ja młoda, ręce były silne, doiłam dobrze i szybko. Całe wiadro nieraz nadoiłam a w wymieniu mleka nie zostawiałam. Przepadałam za małymi kózkami i jagniętami i za nimi pełzałam. Myślałam tylko: Boże, jaka ja jestem nieszczęśliwa, chodziłabym ja za tymi zwierzętami, nikomu bym ich nie oddała. Tak bardzo je lubiłam, a ile razy je całowałam.

30. Z rówieśnikami

W różny sposób układały się Teodozji stosunki z rówieśnikami. Twarz Teodozji była śniada, włosy czarne, gęste, a oczy przecudnie niebieskie. Tylko nogi nie chciały chodzić, nie zginały się w kolanach.

Dziewczynki przedrzeźniały ją: – Ciebie z takimi nogami nikt nie zechce. Na to ona odpowiadała: – Wasi narzeczeni z nożami i pałkami, a mój narzeczony z kadzidłem i z Krzyżem – tak ona mówiła o Jezusie Chrystusie.

– Byłam wylękniona, zabiedzona; oni na nogach, a ja na kolanach bym ich przegoniła – wspominała Matuszka. Ale to nie oznaczało, że boleści nie było i cierpienia. Każdej minuty czuła Teodozja obecność choroby. – Cały czas płakałam; albo nogi w coś wsadzę, albo poparzę się pokrzywami. Ojciec zmajstrował dziewczynce wózek, w którym wozili ją teraz do cerkwi. Matka zaś zaczęła ją brać ze sobą na pogrzeby znajomych. Z tej przyczyny dziewczynce dostawał się jakiś podarek, taki czy inny, czasem zabawka. Na pogrzebach zawsze było dużo dzieci. Podchodziły one do matki Teodozji i prosiły, aby pokazać im na wózku chorą dziewczynkę, lecz matka Teodozji przepędzała je. A Teodozja siedzi sobie w wózeczku i śpiewa sobie modlitwy i duchowe pieśni.

Pewnego razu, gdy miała dziesięć lat, śpiewała pogrzebowe wersety, a matka ją zapytała:

– Czemu ty tylko pogrzebowe śpiewasz?

– Bo Aksiutka (siostra rodzona) umarła.

– A skąd ty wiesz, przecież nikt nas nie powiadomił.

Tego jeszcze wieczoru istotnie przyniesiono telegram z wiadomością o śmierci siostry.

31. Dar Niebieskiego Ustawu

O wewnętrznym życiu Teodozji mało kto wiedział, czy domyślał się jego istnienia. Już w dzieciństwie objawiono jej to, do czego wielcy podwiżnicy dochodzili po długim ćwiczeniu i wytrwałej ascezie. Do 11-go roku życia nieszczęsne dla ludzi dziecko widziało mieszkańców niebios, którzy przychodzili do niej we śnie i uczyli ją jak należy poświęcić wodę, czy olej, uczyli ją, jakie modlitwy przy tym należy odmawiać. – Byłam pojętna i szybko się uczyłam – wszystko przyjmowałam z prostotą – mówiła o sobie.

32. Pierwsze uzdrowienia

Wtedy to właśnie Królowa Niebios nakazała Teodozji przyjmować ludzi i uzdrawiać ich duchowe i fizyczne choroby. Bogurodzica zaczęła objawiać chorym Swą wolę, by szli do Teodozji, od której otrzymają uzdrowienie. Ludzie przychodzili do domu Artemiewych, a widząc jeszcze całkiem małą dziewczynkę, mówili ze zdziwieniem, a najczęściej z niedowierzaniem: – Maleńka i chudziutka kaleko, ty będziesz nam pomagać?... – Za wasz brak wiary nie jesteście godni, abym was przyjęła – odpowiadała im dziewczynka. Oni zaś, żałując, że tu przyszli, odchodzili. Inni zaś chodzili leczyć się do żyjącej nieopodal znachorki i zaklinaczki Anastazji.

W czasie, gdy Teodozja przestała już zamieszkiwać w domu Antoniego Semenowicza, przyszła kobieta z sąsiedniej wioski Nowykowo i zwracając się do Michała Artemowicza spytała: – Gdzie jest babka-znachorka, która uzdrawia, bo mam ze sobą koguta, który oślepł... – U nas nie ma babki – odpowiedział ojciec – ale jest dziewczynka. Otrzymaną od Teodozji poświęconą wodą kobieta pokropiła koguta i ten przejrzał; to było pierwsze uzdrowienie dzięki modlitwom dwunastoletniej dziewczynki. Od tego momentu zaczęli do Teodozji przychodzić ludzie z bliższych i dalszych wsi i prosili, aby uzdrawiała ich chore zwierzęta. Z upływem czasu zwrócili się do niej z pytaniem: Dlaczego tylko zwierzęta leczysz, czemu nie weźmiesz się za leczenie nas? Teodozja dawała im poświęconą przez siebie wodę, modliła się za nich, pouczała, jak należy się modlić do Jezusa Chrystusa i do Matki Bożej, a ci, którzy wierzyli, otrzymywali uzdrowienie.

33. Srogi czas

Opisywane obecnie życie Matuszki byłoby niepełne, jeśli nie wspomniałoby się tu o ciężkich czasach, w których zapłonęła ta młoda podwiżnica niczym świeca zapalona przez Boga, dana na służbę ludziom pośród mroku ateizmu i bezbożnictwa planowanego w Rosji. Służba ta nie ograniczała się tylko do uzdrawiania fizycznych, ludzkich boleści. Ważne było, aby chory człowiek ocierając się o Bożą Moc w chorobie, powracał z powrotem do wiary w Boga. W owym czasie w całym kraju (Rosji) prowadzone było przez wrogów Krzyża straszliwe prześladowanie Cerkwi. Wykorzenianie religijnych wartości spośród prostego ludu było jednym z głównych zadań bolszewickiego rządu. Wyrywanie religii z życia człowieka i wprowadzanie bezbożnictwa szło szerokim frontem. Postępująca wtedy i na siłę wprowadzana kolektywizacja rozwaliła odwieczny porządek i byt głównego stróża Prawosławia, tj. rolników (ros. krestijaństwa).

W latach 30-tych zburzono do fundamentów tysiące świątyń, inne zamknięto. Część biskupów, kapłanów, a także mnichów i mniszek rozpędzono, zabito albo zesłano do ciężkich obozów. Ludzie zostawali sami bez pasterzy. Powoli dziczeli i wracali do bezbożnictwa. Nawracanie takich ludzi do wiary nierzadko odbywało się nie przez duchownych, ale przez takich właśnie przez Boga wybranych i Jemu miłych ludzi, jak młodziutka kaleka, Teodozja.

34. Początek wojny

Z czasem dom Artemiewych zaczynał świecić pustkami. Sofija, która najbardziej lubiła chorą Teodozję, wyjechała do Petersburga. Niezamężne siostry wychodziły za mąż i wyjeżdżały z mężami. Wybuchła druga wojna światowa i zabrała na front wszystkich mężczyzn, wszystkich braci i nawet ojca. W krótkim czasie rodzinną wioskę Teodozji zajęli Niemcy. Faszyści zabrali Artemiewym krowę i czworo maleńkich dzieci zostało pozbawionych mleka, dobrze, że cielę rodzice przed czasem zdążyli zabić na mięso. Synowe z dziećmi zaczęły wyjeżdżać do swoich rodzinnych domów. W niedługim czasie i matka, zebrawszy sprzęt domowy, wyjechała do Kaługi do rodzonego brata. Chora dziewczynka została całkowicie sama w wielkim, opuszczonym domu, w jedynej połatanej sukience i bez kęsa chleba. Własna matka zostawiła ją na śmierć... Stało się to w czasie Uspieńskiego Postu, trzy dni do święta Zaśnięcia Przeczystej Bogurodzicy w sierpniu 1941 roku.

W czasie zajmowania wsi przez Niemców okoliczni mieszkańcy zdali się na wolę Bożą; poznosili swoje małe dzieci do Teodozji, każdy zostawił, co mógł z żywności, a sami pouciekali w okoliczne lasy. Tak wokół młodziutkiej wybranki Chrystusowej zebrało się 36 dzieci. – Zapaliłam siedem lamp i dwanaście świec. Jedno niemowlę wzięłam na ręce, stoję na kolanach i błagam Boga – wspomina Matuszka. Wpadają niemieccy żołnierze, chcieli wrzucić do pieca granaty i wysadzić cały dom razem z nami.

– Czyżbyście byli aż tacy niemiłosierni, że chcecie zgubić wszystkie moje dzieci – przemówiła do nich Teodozja.

– Takie brzdące, jak ty, dzieci nie rodzą. Jakże te dzieci mogą być wszystkie twoje? – naśmiewali się niemieccy żołnierze.

– Jeśli są one w moim domu, to znaczy, że są moje.

Pewien oficer niemiecki dowiedział się od kogoś, że w tym domu żyje jasnowidząca dziewczynka i przyszedł sam osobiście do Teodozji. Zwrócił się do niej przez tłumacza z takim pytaniem:

– Powiedz mi dziewczynko, gdzie teraz jest moja gospodyni i jak jej się żyje?

– Ona teraz cierpi wielkie niewygody – odpowiedziała mu Teodozja.

– A jak jej pomóc? – znowu zapytał oficer.

– Ona przetrzyma wszystko i potem będzie jej lepiej.

– Nigdzie nie widzieliśmy – znów mówi oficer – aby ktoś tak modlił się do Boga, jak ty. Dobra jesteś, maleńka dziewczynka, ciebie trzeba zabrać do Niemiec, bo tam lubią takich, co długo modlą się do Boga.

Oficer coś napisał na kartce, dał Teodozji i powiedział: Nikomu nie otwieraj, a tę kartkę wstaw w okno, a nikt cię nie dotknie. Tak zrobiła, a na ulicę nie wychodziła.

35. Przeznaczona na śmierć

Wielu mieszkańców wsi Korpowo, wracając w rodzinne strony, było bez dachu nad głową. Do domu, gdzie mieszkała rodzina Artemiewych wprowadził się brygadzista z kołchozu.

– Dziecko, nie mogę cię wziąć do siebie, bo sam mam liczną własną rodzinę.

– Ładnie, to ja wypełznę na ulicę, niech ludzie zobaczą, – odpowiedziała mu dziewczynka – że wyrzucasz mnie z mojego domu.

– A doczołgaj się do samej wiejskiej rady – doradził jej brygadzista – proś, niech ci dadzą mieszkanie.

Chorej dziewczynce nie pozostało nic innego jak pozostawić rodzinny dom i doczołgać się do drugiej wioski Zagołowka, gdzie mieścił się urząd wiejskiej rady. – Byłam bez matki, krzyczałam na cały głos, nie wiedziałam, gdzie się podziać, dokąd się czołgać, w którą stronę – wspominała Matuszka. – Przecież dróg nie znałam, nie mogłam stanąć na nogi. Tak już Bóg mi przeznaczył.

Na szczęście jakaś kobieta spotkała ją na drodze.

– Gdzie ty się tak wleczesz, gdzie ty pełzniesz?

– Do wsi Zagołowki – odpowiedziała ze łzami w oczach Teodozja.

– Aha, do Zagołowki musisz się udać ścieżką przez Mewino.

– Do wsi dopełzłam, świata nie widziałam. Płakałam, nogi miałam całe we krwi, sukienka porwała się w strzępy. Znalazłam ten wiejski urząd, bez którego nic zrobić nie możesz.

Przewodniczący rady wiejskiej zapytał:

– A ty gdzie?

– A na cały jasny świat, ja nie mam nikogo, – odpowiedziała mu dziewczynka – rodzona matka mnie porzuciła, wyjechała do Kaługi.

Przewodniczący użalił się nad Teodozją, zaczął chodzić po przytułkach, ale bez rezultatu. Nikt nie chciał wpuścić do swego domu nieszczęsnej kaleki. Wypadło jej teraz żyć gdzie popadło, okrywać się od słoty i błota czym popadło! – Byłam wtedy maleńka, leciutka, do stodoły, lub w kopie siana się zakopałam. Gdy ludzi zobaczyłam, chowałam się w wodzie po szyję. A zimą sama zostałam na śniegu i mrozie. Na śniegu było ciężko. Goła po ulicy się wlokłam – nikt niczym nie nakrył – ze łzami w oczach wspominała Matuszka. – Pod słomę w stodole się wczołgałam. Narzuciłam na siebie cokolwiek albo w sianie się zagrzebałam. W śniegu wykopałam jamę, skurczyłam się we dwoje, rękę pod twarz kładłam i tak spałam. Wszystko na mnie zetlało, a ciało zrobiło się zaskorupiałe, skóra zrogowaciała.

– Jakoś się wyżywiłam; brudną wodę z kałuży piłam, śmieci zgarnęłam z wierzchu, zaczerpnęłam. A jaka ta woda była mętna! Śnieg jadłam; czyściutkiego śnieżku chwyciłam w rękę i do ust... A jak ktoś chleba dał – to chleb zaraz zamarzał... W byle co ubrana, jeden łachman, tylko piersi przykryte. Wdrapię się gdzieś w stóg słomy, było cieplutko i dobrze, modlę się do Boga....

– Tak żyłam w wojennym czasie krucha, drobna i chora na ciele, ale wzrastałam duchowo. Bardzo mocno modliłam się do Boga – modliłam się nieustannie. Każdego dnia gotowa byłam umrzeć, a potem śpiewałam pogrzebowe nabożeństwo.

Dwa lata bez jednego miesiąca przeżyła tak Teodozja na polu, na drodze, w słomie i w śniegu.

Jeśli Prepodobny Serafin Sarowski, będąc fizycznie i duchowo dojrzałym mnichem, tysiąc dni i nocy modlił się na kolanach na kamieniu, to duchowy egzamin, jaki przypadł w udziale dziewczynce, podrostkowi (700 dni na polu z trzaskającymi rosyjskimi zimami i przenikającymi na wskroś wichurami), wskazuje, że zwyczajny człowiek tego znieść by nie mógł. To wszystko przewyższa możliwości zwykłego człowieka. Ale to przecież Łaska Boża dopomogła jej przezwyciężyć wszystkie doświadczenia.

W tym miejscu wypada jeszcze zapytać, co stało się z religijnością rodziny Artemiewych, matki, sióstr, bratowych, które porzuciły tak łatwo chore dziecko? Gdzie podziała się religijność mieszkańców wioski, w której żyła Teodozja? Czyż nie widzieli znaków Bożych? Czyż Teodozja ich nie uzdrawiała? Czy nie chodzili razem do Cerkwi i nie przystępowali do tej samej Eucharystii? Czy przykazanie miłości Boga i bliźniego przestało naraz obowiązywać? Trudno dziś dać odpowiedź na te pytania. Ale czy one nas nie dotyczą i dziś? Czy i nas one nie dotyczą i naszej czasem powierzchownej religijności? Ceremonie w cerkwi są dla nas święte, ale za progiem świątyni nasza wiara zostaje zastąpiona praktycznym ateizmem przez cały tydzień praktykowanym, przybierającym czasem znamiona okrucieństwa, bezduszności i braku uczuć ludzkich. Takiej to “wiary” doświadczała Teodozja od najbliższych. Pozostał jej tylko Bóg.

36. Objawienie się Królowej Niebios

W 1943 roku Teodozja znajdowała się we wsi Łapniki, niedaleko od Dubrowok, gdy objawiła się jej Królowa Niebios i powiedziała:

– Wystarczy tobie życia na polu i ulicy. Teraz trzeba abyś żyła w domu.

– A kto mnie weźmie? – zapytała dziewczynka.

– Dzisiaj przyjdą po ciebie.

I rzeczywiście, Teodozję spotkała jedna podeszła w latach kobieta. – Chodź do mnie, ja ciebie nakarmię – powiedziała – jakaś ty wychudzona. Jej chatka stała na skraju wsi. To była dobra kobieta, a do dziewczynki odnosiła się bardzo serdecznie.

37. Matka Natalia

72-letnia matka Natalia szła tego dnia do wsi Dubrowo, gdzie prowadziła cerkiewny chór. Droga była długa, więc postanowiła odpocząć chwilę u swojej dobrej znajomej w Lerynkach.

– A cóż to za dziewczynkę masz u siebie? – zapytała gospodynię.

– Znalazłam ją na drodze – odpowiedziała.

– Zawołam kapłana – powiedziała matka Natalia – należy ją wyspowiadać i udzielić Eucharystii.

Matka Natalia przyszła do cerkwi i opowiedziała wszystko proboszczowi świątyni i poprosiła go o udzielenie Teodozji Eucharystii. Po św. Liturgii wzięła jego szaty i kadzidło. – Przyszedł – opowiadała Matuszka – a ja brudna, rozczochrana, wszystko na mnie zetlało, nie mam niczego. Matka Natalia rozwiązała swoją dużą chustkę z frędzelkami i okryła mnie nią, a batiuszka udzielił mi Eucharystii. A po tym matka Natalia zabrała mnie do siebie.

W dawniejszych czasach matka Natalia, dalsza krewna Artemiewych, była mniszką Wjezemskiego żeńskiego Monasteru. Po jego zamknięciu i rozpędzeniu mniszek, zamieszkała 50 kilometrów od niego we wsi Temkino. Razem z nią mieszkała jej siostra Katarzyna. Stara mniszka szyła dla okolicznych mieszkańców i z tego utrzymywała siebie i swoją siostrę. Do samej śmierci bardzo lubiła dzieci. Pewnego razu, gdy rozpoczął się czas prześladowań, a ją wsadzono do więzienia, objawiła się jej Królowa Niebios i powiedziała: – Wszystkie mniszki, które siedzą tu z tobą w więzieniu, są zapisane na śmierć, ale ty będziesz doglądać chorej w swoim domu. Te słowa zapamiętała na całe swoje życie. W Teodozji matka Natalia rozpoznała ten “dar Boży”, tę chorą, o której powiedziała jej wiele lat temu sama niebieska Włodarka. Przecież ona doskonale znała rodzinę dziewczynki, wiedziała też o szczególnym Bożym planie względem dziewczynki. Był też czas, kiedy prosiła ojca dziewczynki: – Oddaj mi swoją chorą dziewczynkę. Ale ojciec się nie zgodził.

Po ich przybyciu do domu, matka Natalia zaczęła rozczesywać dziewczynce włosy. Czesała i płakała z żałości, bo tak były skołtunione, tak zlepione brudem, że wyciągała po jednym włosku. Poprosiła ludzi o wodę po praniu i w takiej wodzie moczyła włosy, by brud mógł od nich odejść. Wymyła dziewczynkę, odziała w koszulkę i posadziła na piecu (stare wielkie piece służyły do spania w ruskich domach). – Poleż sobie – mówiła – a ja ubranie będę zszywać. Wygrzej się, już dość tego siedzenia na ulicy.

38. Życie u matki Natalii

Chatka, w której mieszkała matka Natalia, stała prawie na samym końcu wioski przy drodze. Była ona bardzo maleńka i w złym stanie, z półślepymi okienkami, dziurawą podłogą, uszczelnioną słomą. Wyposażenie biedne, stolik, łóżko i szeroka ławka pod oknami. Ikony i lampki w kąciku nad stołem były jedyną ozdobą tej izby.

Matka Natalia postawiła dziewczynce maleńkie łóżko, wyścieliła sianem, nakryła prześcieradłem, a jej samej przyszło spać na piecu.

Uszyła też dla dziewczynki czarne i białe ubranie, sukienki, kaftaniki, a na nogi uszyła wypchane watą specjalne buciki. Powiedziała wtedy do dziewczynki: – Teraz ciebie nigdzie nie puszczę, mnie z tobą jest lepiej. Była matuszka w owym czasie już starszą kobietą, ale wysoką i silną. – Weźmie mnie na ręce i nosi – wspominała Schymonachinia Makaria.

Matka Natalia prowadziła chór złożony z 17 osób i każdego razu chodziła na św. Liturgię do Dubrowa około dziesięciu kilometrów. Chórzyści i ona żyli we wsi Temkino i chodzili do cerkwi razem z nią. Często też wszyscy zbierali się w chatce matuszki Natalii i bardzo pięknie i cudownie śpiewali starodawne cerkiewne pieśni. – Ja na łóżeczko się wdrapię, przycisnę się do poduszeczki i leżę, modlę się – opowiadała Matuszka. Bardzo chciała śpiewać razem z nimi, lecz chórzyści jej przyjąć do siebie nie chcieli, choć głos miała bardzo wysoki i piękny, a słuch bardzo wrażliwy. Teodozja nie raz próbowała podśpiewywać wraz z nimi, ale kobiety naśmiewały się z niej: – O, ho, ho, przybłęda niczyja, a głos jaki, o-ha-ha! Popatrzcie, jak sobie podśpiewuje!

Miejscowym bolszewickim władzom takie zebrania chóru i śpiewy nie podobały się i nie po ich myśli była stara mniszka. Bardzo często, po kilka razy na miesiąc, albo ją wzywali, albo wywozili na milicję do powiatu, około czterech kilometrów od wioski, na przesłuchania i na wysłuchiwanie “ideologicznych pouczeń”.

Ojciec Teodozji został zabity na wojnie z Niemcami w 1944 r. Podobny los spotkał braci, a matka, która porzuciła Teodozję i uciekła ze wszystkim do brata mieszkającego w Kałudze, szybko wróciła z Kaługi tylko z tym, co miała na sobie; brat potrzymał ją, oskubał ze wszystkiego i odesłał z próżnymi rękami.

– Nie mogę cię wziąć do siebie – mówiła jej matka Natalia – u nas ciasno, a chleba skąd mamy wziąć? Jeśli chcesz, możesz zabrać teraz swoją córkę. – Teraz Teodozji Nikiforownie (matce Matuszki Makarii) na starość przyszło nic innego, jak tylko szukać przytułku. Zmarła wkrótce w dzień swego anioła (w dniu imienin) w 1948 roku.

W domu matuszki Natalii prawie wszystkie prace domowe wkrótce były na barkach Teodozji. Pełzała na kolanach, myła podłogę, chodziła przy zwierzętach, przy kozie i prosiaku, karmiła kury. A w wolnym od tych zajęć czasie robiła na drutach szale.

Spać w domu matuszki Natalii nie było kiedy. Rano stara mniszka tylko piec rozpalała, a mała dziewczynka już wstawała na modlitwę. Modliła się każdego dnia od szóstej rano do południa. Oprócz tego jeszcze nocą wstawała na północne modlitwy.

Także i sama matka Natalia lubiła modlić się do Boga. Zwyczajnie siedziała, szyła coś, przyjdzie chwila, ona wstaje, przerywa robotę i odmawia mniszy porządek modlitewny. Czasem całowała Teodozję i zapytała: – Chcesz posłuchać Psałterza, to będę czytać na głos. Teodozja bardzo lubiła czytanie tej księgi: – Psałterz to najlepsza Księga, ona po prostu ożywia człowieka. Matka Natalia czytała, a ja tylko radowałam się, bo cała treść taka miła dla duszy. Tak, stara mniszka śpiewała i czytała, a dziewczynka słuchała, nie wypuszczając z rąk roboty.

Czasami leżała matka Natalia na workach z gorącym piaskiem i podgrzewała schorowane ciało i opowiadała dziewczynce jak to jej się żyło w Arkadiewskim Monasterze i jaki tam był ustaw.

Mimo tych wszystkich spraw, w domu matuszki Natalii dziewczynce trudno było żyć. – Matka Natalia była człowiekiem surowym i cokolwiek chciało się wziąć, trzeba było za każdym razem prosić, a ja byłam obrażalska – wspomina Matuszka. – Ona taka krzykliwa była, rozwrzeszczy się, a ja do niej: Ucieknę od ciebie. – Czy naprawdę byś to zrobiła – złościła się matka Natalia.

Karmiły się bardzo skromnie, zamiast chleba, placuszki z lebiody, a zamiast zupy, ciemna polewka. Koza dawała wszystkiego litr mleka na dzień.

Teodozja znów zaczęła przyjmować i uzdrawiać chorych. – Jak zaczęłam przyjmować naród – mówię im: Przyjdźcie dzieci, posłuchajcie mnie, strachu Bożego nauczę was (Ps. 33.12) – mówiła Matuszka. A oni do mnie: A po co nam twój strach, gdy nam swojego wystarcza...

Rzeczywiście, koniec 40-tych lat i początek 50-ych lat był czasem nie tylko głodu, ale i politycznych represji. Kraj leczył powojenne rany, łagry napełniały się nowymi więźniami, wszędzie kręciło się wielu szpicli i donosicieli, którzy za kwartę zboża gotowi byli spalić cerkiew, a za pół worka zabić swego kapłana. Rodzice kryli się ze swą religijnością przed dziećmi, wychowankami bezbożnego systemu. Życie ludzi było bardzo ciężkie.

Matka Natalia chroniła Teodozję. Ani na minutę nie zostawiała jej samej, a gdy wychodziła z domu, to jak najlepiej mogła zamykała ją i ukrywała. Jeśli ktoś z mężczyzn przychodził do domu, ona szybko wsadzała ją na piec, lub chowała za zasłonkę. Zawsze jej powtarzała: – Gdzie jest mężczyzna, tam nie chodź, bo mnie za ciebie na świecie przyjdzie jeszcze gorzko płakać.

Teodozja w tym czasie wyrosła na piękną, rozwiniętą dziewczynę. Miała grube, piękne i długie włosy czarnego koloru, a do tego niebieskie, jak kolor nieba oczy. Ubrana była bardzo skromnie. – Byłam jak bezdomna, dwie sukienki i koszula, oto i całe moje ubranie, które mieściło się w paczce tekturowej, w jakich ludzie zwykli posyłać paczki przez pocztę swoim bliskim.

Każdego miesiąca wzywali Teodozję do powiatu odległego o cztery kilometry na komisję. – Czy twoje nogi nie zaczęły chodzić? – pytali i śmiali się przy tym. – Cieszcie się, cieszcie, i wam przydarzyć się coś może – odpowiadała im dziewczynka. – Pomyślcie, że i ja mogłabym siedzieć pośród was, tylko Bóg nie dopuścił. Modliła się wtedy do Chrystusa: – Jeśli Tyś mnie tak ukształtował, niech będzie po Twojemu.

Młodość zawsze domaga się swego, lecz Teodozja ustrzegła się niebezpieczeństw czyhających na młode dziewczęta. – Nie widziałam złej kompanii, a za stołem zastawionym nigdy nie siedziałam. Trzeba zawsze mocno błagać Boga, aby dopomógł przeżyć młode lata – mówiła o sobie i o młodych latach stara już Matuszka.

39. Postrzyg w stan posłusznicy

Gdy Teodozja skończyła 20 lat, hieromnich Wasylij z kapłanami diecezjalnymi, ks. Aleksandrem i ks. Wikentiem zebrali się razem w niewielkiej chacie we wsi Dewiatkowo, odsłużyli wspólnie św. Eucharystię, w czasie której ojciec Wasylij spowiadał i udzielił Ciała i Krwi Chrystusa Teodozji, a po tym obciął jej włosy w Imię Ojca i Syna i Świętego Ducha na początek życia mniszego w pierwszym jego stopniu – posłusznika. Nadano jej przy tym imię Tichona na cześć świętego Prepodobnego Tichona Medynskiego-Kałużskiego. – Nie piłam wina od urodzenia, a dali mi po uroczystości troszkę kahoru. Jak ja się tym winem zakrztusiłam, kichnęłam i wszystko się rozprysło – opowiadała Matuszka pod koniec swego życia. – Od tamtej chwili już ani razu nie wzięłam do ust ani odrobiny wina.

40. Zły sąsiad

Wróg rodu ludzkiego nie mógł ścierpieć postnego życia i podwiżnictwa Tichony i na wszelkie sposoby starał się mącić jej spokój i przeszkadzać jej w modlitwie. A posłużył się człowiekiem, który począł wypełniać wolę diabła. Zaczął więc niepokoić i prześladować obie niewiasty niejaki Iwan, opętany przez demona, którego przezywali “Żuk”. Przychodził do nich przed drzwi lub pod okna i krzyczał: – Będę was nożem ćwiartował, jeśli nie dacie pieniędzy. Ile mu się zachciało, o tyle prosił. Nie pozwalał też brać wody z gromadzkiej studni i za każde wiadro kazał płacić sobie rubla. Wtedy to były niemałe pieniądze. Bywało, że stawał pod oknem i chciał wywołać w posłusznicy Tichonie nieczyste myśli przez wypowiadanie sprośnych słów.

Do Tichony przyjeżdżali leczyć się mężczyźni nawet z Moskwy. Dziewczynka-podwiżnica uzdrawiała ich od cierpienia. Wypytując kobiety o ich życie, dowiadywali się o ich ciężkiej doli, o złym sąsiedzie i jakie on im zadaje męki. – Napiszcie o wszystkim list, a my go przekażemy gospodarzowi naszego Kraju. Objaśniali przy tym, że sami pracują na Kremlu.

Upłynęło niewiele czasu. Matka Natalia zdołała otynkować swój domek. Na drugi dzień po zakończeniu pracy sąsiad Iwan po świeżym tynku zamaszyście powypisywał wulgarne słowa i rysunki. Na drugi dzień po jego wyczynie do wioski samochodem przyjechała władza ze stolicy w uniformach oznaczających stopnie władzy. Na wieś padł blady strach: – Z Kremla przyjechali ze śledztwem.

Matka Natalia płacze, niańka Katarzyna (jak ją nazywali we wsi) płacze, a delegacja ze stolicy prosi ich o możliwość rozmowy z Tichoną, która opowiedziała im wszystko, jak to starą mniszkę po kilka razy w miesiącu włóczą do powiatu na milicję na przesłuchania. Po wizycie z Moskwy, sąsiad na pewien czas przysiadł sobie cicho, a Matki Natalii milicja więcej nie wzywała, lecz zostawiła ją w spokoju.

41. Pielgrzymka do Świętego Sergiusza z Radoneża

Latem 1951 roku Tichonę wezwano do Troicko-Sergiejowej Ławry. W Ławrze Tichona przystępowała do świętych Sakramentów: spowiedzi i Eucharystii. Specjalnie dla niej otwierano sarkofag z relikwiami św. Sergiusza, jako dla znacznego gościa. Podnosili ją specjalnie, aby mogła ucałować święte relikwie.

42. Nauka Paschalnego Kanonu

Tichona bardzo pragnęła nauczyć się na pamięć całego paschalnego Kanonu, ale nie umiała czytać, Kanonu zaś ze słuchu trudno się nauczyć, bo długi. Posłusznica zaczęła błagać Bogurodzicę i prosić Ją o pomoc. Pewnego razu Włodarka Niebios zjawiła się Tichonie i rozkazała powtarzać za Nią słowa Kanonu. Tak Tichona zapamiętała długi kanon na całe swoje życie.

43. W szpitalu

W swoim życiu Tichona bardzo dużo cierpiała. Najczęściej zapadała na zapalenie płuc. W dwudziestym roku życia wypadły jej wszystkie zęby. W 1957 r., gdy kopali ziemniaki, wybierając je z ziemi mocno się spociła. Rozpalono banię (ruska sauna), ona się wykąpała, ale po tym ciężko zachorowała na przeziębienie nerek. Pięć miesięcy leżała Tichona w rejonowym szpitalu, cztery kilometry od wioski. W tym czasie matka Natalia i jej siostra, niania Katarzyna były bardzo stare i nie mogły niczego jej nosić do szpitala, a nic mięsnego ona nie brała do ust (zgodnie z mniszą tradycją mnisi nie jedzą mięsa).

Dobrze, że temkińskie kobiety nosiły jej ciepłe mleko, na tyle dużo, że wystarczało dla wszystkich, leżących na sali. Tichona zabrała ze sobą do szpitala ikonę i czasosłow (modlitewnik), który krążył tam z rąk do rąk, od doktorów do pielęgniarek i chorych, a wszyscy ręcznie przepisywali sobie potrzebne im modlitwy. Księga ta w tamtych czasach należała do rzadkości, a zapotrzebowanie na modlitwy do Boga, Przeczystej Włodarki Niebios i Świętych było ogromne.

Wtedy też przyznali jej rentę za ojca, który zginął na wojnie, w wysokości ośmiu rubli na miesiąc.

44. Gorzkie miesiące w Sierpuchowie

Tichona bardzo cierpiała, że nie mogła udać się do świątyni, i że do Eucharystii przystępowała tak rzadko. Kiedyś przyjechała do niej kolejny raz znajoma, posługująca przy cerkwi w Sierpuchowie, która zaczęła zapraszać Tichonę w gości. W tym czasie matka Natalia i siostra jej Katarzyna były już staruszkami, nie mogły więc doglądać Tichony. Sama też nie mogła prowadzić gospodarstwa. Z powodu bliskości świątyni zgodziła się posłusznica pojechać do Sierpuchowa, pozostawiając starym kobietom swoją rentę.

Do stacji Tomkino dowieziono ją wozem, dalej dwie godziny jechała pociągiem, a potem samochodem parę godzin do Sierpuchowa. – Zaprosili mnie do świątyni dla pocieszenia, a popadłam w cierpienie – opowiadała Matuszka. – Z powodu świątyni cierpiałam większy głód. Bywało, że gospodyni powiedziała: Teraz post, możesz wziąć tylko wody. To ugotuje garnek kaszy, do pieca wstawi, a chleba kęska nie da i wyjdzie na cały dzień. Przez 9 miesięcy tylko 3 razy jadłam zupę... Często przychodziły odwiedzić Tichonę ze swymi problemami różne kobiety, a ta siedziała zamknięta pod kluczem. Przed zamkniętymi drzwiami postały, pod oknami pochodziły, a co ze sobą przyniosły jako dar dla Tichony, nawet zostawić nie mogą, bo wszystko szczelnie pozamykane. Tak więc siedziała w domu pracującej przy cerkwi znajomej całymi dniami sama i głodna.

Na Paschę zawieźli ją do świątyni. Gospodyni odziała ją w porwane palto i to bez rękawów. Siedzi więc Tichona w cerkwi przy klyrosie (miejsce gdzie śpiewa chór, zazwyczaj z prawej strony ikonostasu) podchodzi do niej kapłan, a ta woła do niego: – Wybacz mi, przebierańcowi, święto mamy takie wielkie, a na mnie wszystko porwane, bo nie mam niczego...

45. Powrót do Temkino

Po 9-ciu miesiącach katorgi w Sierpuchowie u cerkiewnej działaczki, Tichona cudem wróciła do Tomkino, gdzie Królowa Niebios wyznaczyła jej miejsce. Matka Natalia i niańka Katarzyna całkowicie podupadły na zdrowiu. W domu ani nie było czym palić, ani co jeść. – Przyjechałam i zaraz drewno zamówiłam na opał – wspomina Matuszka. Staruszki pytają:

– Syneczku, komu przywieźliście drewno?

– To dla was babciu.

– A kto to wam kazał przywieźć!

– A ta chora, co to mieszka u was.

Pieniędzy na to dała mi z powodu Chrystusa pewna znajoma Justyna, której syn na wielkiej budowie pracował, dobrze zarabiał. Dając mi pieniądze, powiedziała: – Co tam, stare, muszą do lasu chodzić, jedna niesie sobie jedno polano, druga wiązkę chrustu. Nie zamrożą ciebie?

W tym czasie do Tichony znów cisną się chorzy, przynoszą jej po trzy ruble, czasem pięć. Tichona za te zebrane pieniądze mogła postawić sobie mały domek składający się z dwóch różnych części, jedną przeznaczyła dla siebie, a drugą dla starych kobiet.

46. Śmierć matki Natalii i jej siostry Katarzyny

Matka Natalia nieraz mówiła do Tichony: – Jak zrobisz nam pogrzeb, wtedy staniesz się mniszką. Wcześniej uszyła jej dwa podriasniki (czarne mnisze habity), kupiła też szeroki, foremny pas, przemieniła go na mnisi i to wszystko podarowała Tichonie mówiąc: – To ci się przyda, gdy będziesz mniszką. Oj szybko zaczniesz podriasnik nosić.

Niańka Katarzyna zmarła w zakończenie Paschy w wieku 104 lat, a matka Natalia przeszła do nowego życia tydzień przed Bożym Narodzeniem, przeżywszy na ziemi od narodzenia 97 lat. Po jej śmierci Tichona widziała matkę Natalię w bielutkich szatach, podeszła do niej i podziękowała za wszystko.

47. Przepowiednie Królowej Niebios

Niedługo przed śmiercią starej mniszki Natalii, Tichona usłyszała jakiś stukot do drzwi. – Kto tam? – zapytała, ale nikt nie odpowiadał. Podpełzła do drzwi i otworzyła, nikogo nie było, lecz nagle usłyszała żeński głos: – Tu żyć nie możesz, musisz stąd odejść. Zabiorę cię stąd. Jeszcze raz, gdy siedziała Tichona za stołem z matuszką Natalią, słyszała ten sam głos: – Przeprowadzę cię stąd.

W niedługim czasie po pogrzebie starej mniszki przyszedł do Tichony przedstawiciel wiejskiej rady i powiedział: – Matuszko, kup sobie dom, bo matka Natalia zapisała wszystko krewnemu, a ten sąsiad mimo wszystko nie da ci tutaj spokojnie mieszkać, odgraża się, że cię zabije, chce zabrać tę chatę... Do domu starców nie chcieli też wziąć Matuszki, odmówili podając taką motywację: Będziesz się tutaj modlić do Boga i ludziom w głowach przewracać. Na koniec przyszło jej zbierać pieniądze, aby kupić sobie na własność stojący na drugim końcu wsi niedokończony domek. W nim przyjdzie jej przeżyć jeszcze ponad dwadzieścia lat ciężkiego życia, pełnego boleści, utrapień, ale też modlitwy i szczególnych łask z nieba.

Ze wsi Popowka przyszły do Matuszki dwie kobiety Maria i Tatiana. Zgłosiły się, że będą żyć z Matuszką po miesiącu i będą prowadzić jej gospodarstwo domowe. – Od tego czasu zawsze byłam czysta, w każdy dzień mnie przebierały w czystą bieliznę, a nawet łóżko moje doczekało się czystej bielizny.

48. Ciężka choroba

Jeśli do tego czasu naród od czasu do czasu garnął się do Tichony, to teraz potrzebujących uzdrowienia i jej modlitewnego wsparcia były całe tłumy, które szły przez cały dzień, od rana do wieczora. Coraz częściej pojawiali się ciężko chorzy oraz opętani przez duchy nieczyste, co było spowodowane chodzeniem do kołdunów (zaklinaczy). Dla wszystkich znajdowała Tichona czas i duchowe siły. Przychodzili też ludzie źli, którym Tichona wyrywała ich nieszczęsne ofiary z sideł diabelskich. Nie mogli pogodzić się z tym, że Tichona wyzwala niewinnych ludzi, na których oni za pomocą przyzywania złych duchów zsyłali przeróżne nieszczęścia. Ktoś w swej diabelskiej przewrotności, z nienawiści do Tichony, zamawiał trzy razy pod rząd pogrzebowe nabożeństwo, i trzy razy odprawiali jej pogrzeb, tak jakby zmarła.

Od momentu ataku kołdunów (czarowników) Tichona zachorowała na dziwną chorobę, jedna noga zaczęła schnąć i bardzo boleć, a ją samą coś strasznie kusiło, aby poleżeć sobie na ziemi.

Jak wiadomo Bóg ma Swój plan wobec każdego człowieka, a tym bardziej wobec takich, jak Matuszka. Jeszcze w dzieciństwie Bogurodzica powiedziała do Teodozji, że w dojrzałym wieku przyjmie stan mniszy, a będzie ją podstrzygał młody Donat. Stara mniszka Eulilia z Kaługi poradziła Tichonie, by przyjęła postrzyg w stan mniszy. – Tylko wtedy – mówiła mniszka – twoja choroba przejdzie.

Matka Boża sprowadzała do Tichony ludzi różnymi drogami. I tak oto w 1950 roku pewna Natalia, żyjąca we wsi Trojca-Goleniszowo w pobliżu Moskwy, przyjechała do sąsiadującej z Tomkino wsi Kurdiakowo, aby kupić krowę, ale krowa jej się nie spodobała. Tymczasem Natalia, która miała wtedy 40 lat, dowiedziała się o kalekiej dziewczynce, podwiżnicy, i od tej pory już przez całe swoje życie, przez prawie 40 lat, odwiedzała ją nieustannie. Ona też przywiozła do Tichony lektora Aleksego z Uspieńskiej świątyni Nowodziewiczego monasteru, któremu ciężko chorowała żona. Ten z kolei jadąc do Tichony zabrał ze sobą diakona, ojca Innocentego, studiującego wówczas w Moskiewskim Duchownym Seminarium. Zdecydowawszy się na postrzyg mniszy Tichona powiedziała do diakona: – Szukaj młodego Donata. A młody ihumen Donat akurat uczył się razem z diakonem w seminarium i miał 27 lat od swego narodzenia.

49. Dziwny sen

Trzy dni przed świętem moskiewskich hierarchów pewna kobieta imieniem Maria, pochodząca z Wiaźmy, która przez wiele lat odwiedzała Tichonę, miała dziwny sen. Pośrodku ogromnej świątyni stoi pięknie udekorowany “tapczan”, a wokół niego ogromy tłum ludzi. Przynoszą do świątyni Tichonę, całą ubraną na biało i kładą ją na tym “tapczanie”. Nogi jej nakrywają czarnym nakryciem. Maria chce ściągnąć czarne nakrycie z nóg, ale Królowa Niebios grozi jej palcem i mówi: – Nie wolno.

50. Postryg w stan mniszy

W ciągu 3 dni, 18 października 1976 roku, gdy świętowano pamięć hierarchów Kijowskich i Moskiewskich: Piotra, Alekseja, Jony, Filipa i Jermogena, odbył się postrzyg. W nowym domu Tichony, o siódmej wieczorem zebrali się: ihumen Donat, diakon Innocenty, lektor Aleksy i Natalia. Postrzyżona w swej celi otrzymała imię Tichona, na cześć i pamięć świętego przepodobnego Tichona Medyńskiego-Kałużskiego. Dzięki temu, że Natalia przebierała Tichonę przygotowując do postrzygu, na całe życie otrzymała zaszczytny tytuł matki duchowej od samej podwiżnicy Tichony. Po postrzygu Matuszka jakby narodziła się na nowo, a jej choroba ustąpiła.

51. Pojawienie się Włodarki Niebios

W krótkim czasie po tym objawiła się jej Królowa Niebios i powiedziała: – Przyjęłaś teraz na siebie stan mniszy, nikogo z rodziny do siebie nie wpuszczaj.

Ogromna odpowiedzialność była teraz na barkach Matki Tichony. Prawdziwy mnich, to człowiek modlący się za cały świat i to jest główne jego zajęcie w całym życiu na ziemi. Serce mnicha cierpi za ludzi i współczując ich cierpieniom, modli się za wszystkich o zdrowie ich dusz i ciał.

Dzięki mnichom na świecie nigdy nie ustaje modlitwa, a dzięki niej istnieje świat!

Na świecie trwa też nieustanna walka o dusze ludzi i o świat, o cały świat, walka z mocami ciemności i zła, która nie ustaje ani na moment. Jak tylko ustaje modlitwa, a mnisi zajmują się innymi sprawami, na pozór ważnymi, przez świat zaraz przelewają się fale różnorakich nieszczęść.

52. Przyjęcie schymy

Piętnaście miesięcy później, po pierwszym postrzygu z błogosławieństwem Królowej Niebios, matka Tichona przyjmuje wyższy stopień życia mniszego, schymę, składa śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, postów, modlitwy i wyrzeczenia się życia świeckiego na całe życie. Teraz wymaga się od niej jeszcze surowszych reguł modlitewnych i zamknięcia w zatworze (odosobnienia od ludzi).

W dniu wielkiego chrześcijańskiego świętego pustelnika z IV wieku Makarego Egipskiego w domu Matuszki Tichony kolejny już raz zebrali się ihumen Donat, chór i matka chrzestna Natalia, do której w tym czasie przyjechał w gości kapłan Piotr z matuszką. Wszystko potrzebne dla postrzyżyn przygotowano już wcześniej. Dnia 1 lutego 1978 roku Matuszka przyjęła Schymę, w którą została postrzyżona z nowym imieniem Makarii, na cześć tego wielkiego egipskiego mnicha.

53. Bogurodzica sama wybiera schymniszkę Makarię na podwig

Minęło trochę czasu od przyjęcia schymy i znów Królowa Niebios objawiła się Matuszce Makarii i powiedziała, że wybiera ją sobie na podwig. Od zaraz miała brać na siebie cierpienia i boleści wszystkich ludzi, kto tylko zwracał się do niej z prośbą o uzdrowienie, miała umieścić w swoim sercu całą boleść i cierpienie Rosji i pokornie nieść ten, z niczym nie porównywalny w swojej wadze, ciężar, na swoich kruchych barkach.

– Matko Boża, dlaczego taką pokrakę (tak siebie nazwała Matuszka, ze względu na swą chorobę) wybrałaś? – zapytała schymnica.

– Całą ziemię obeszłam i lepszej od ciebie nie znalazłam – odpowiedziała jej Królowa Niebios. Przyjdzie czas postawić cię w szeregu Wybrańców.

– Cóż Ty wymyśliłaś, jaka ja wybrana, cały czas siedzę tylko na łóżku!

– Dla mnie jesteś najdoskonalsza – powiedziała Włodarka.

– Co to znaczy, najdoskonalsza, nie wiem – ciągnęła schymnica i pokłoniła się Królowej Niebios i dodała:

– Ja z radością przyjmuję cierpienia. Cierpieć to już ja umiem.

Po tym wszystkim, do ostatniego dnia swego życia wszystkim pytającym ją o zdrowie odpowiadała: – Mnie już nigdy w życiu dobrze nie będzie, mnie “dobrze” nie jest przeznaczone.

54. Jurij Gagarin

Do domku Matuszki Makarii przyjeżdżali ludzie ze wszystkich krańców kraju. Byli wśród nich i duchowni, od diakona poczynając a na metropolicie kończąc, wszelka służba cerkiewna i prości ludzi; ludzie z wiarą i niewierzący, starzy i młodzi. Matuszka wiedziała, kto i jak cierpi i w czym pomóc każdemu z nich. Ona wiedziała o nich więcej, niż oni sami wiedzieli o sobie.

Pośród przyjeżdżających do Matuszki bywał też człowiek, którego imię obleciało całą naszą planetę i który był w 60-tych latach najpopularniejszym człowiekiem świata. Miasto Gżatsk, przemianowano wtedy na Gagarin. Leżało ono około 50 kilometrów od wsi Tomkina. “Gagarinskije” mieszkańcy, jak ich nazywała Matuszka, bywali u niej często. Przyjeżdżała też do niej niejednokrotnie Anna Tymofiejewna Gagarina, matka pierwszego w świecie kosmonauty. Jurij A. Gagarin był w tym czasie deputowanym do Najwyższej Rady Związku Radzieckiego. Pewnego dnia Anna Tymofiejewna Gagarina zapytała Matuszkę:

– Czy mój syn może do ciebie przyjechać?

– Niech przyjedzie, nie krępuję się nim ani trochę – powiedziała jej Matuszka.

Anna Tymofiejewna opowiadała synowi o gorzkim losie podwiżnicy, o jej rencie po ojcu (w wysokości 8 rubli miesięcznie), z której w żaden sposób nie można wyżyć. – Gagarin przyjeżdżał tu nie raz – opowiadała schymniszka Makaria – przyjeżdżał do mnie jak do chorego człowieka. Opowiadała też i o tym, jak był u niej ostatni raz jesienią 1968 roku.

– Przyjechały trzy samochody, dwa z doktorami i trzeci, w którym był Gagarin. On zwyczajnie przyszedł i powiedział: Ja posiedzę, niech doktorzy z wami porozmawiają.

Ze mną rozmawiał długo. Powiedział: – Ja troszkę pozałatwiam swoje sprawy i wtedy zajmę się waszą pensją. To żadna łaska, że wam tyle płacą. To człowiek prosty, dobry, bardzo dobry. Prosty, jak dziecko. Ja wtedy do niego powiedziałam: – Więcej nie lataj, tobie więcej nie wolno latać. Nie posłuchał mnie i dosięgła go przedwczesna śmierć (miał wtedy 34 lata). Po jego tragicznej śmierci, schymniszka Makaria poprosiła jednego z odwiedzających ją kapłanów, aby w jej domu, zaocznie odśpiewać pogrzebowe nabożeństwo za tragicznie zmarłego kosmonautę i sama długo modliła się za jego duszę.

55. Podwig Matuszki

Imię schymniszki Makarii najpierw wielu czytających te słowa słyszało w licznych świątyniach stolicy, w powiatach i rejonach Rosji, w licznych miastach i w wiejskich cerkwiach. Wymieniano je częściej niż inne imiona podczas Liturgii po przeczytaniu Ewangelii, kiedy to z usilnym błaganiem modlimy się za zdrowie chorych lub osobno w molebniach. W potoku imion czytanych przez kapłanów, nie każdy zauważył imię Matuszki. Ci zaś, którzy choć raz rozmawiali z Matuszką, jeśli nie w myślach, to choćby uczynieniem na sobie znaku Krzyża, zawsze modlili się za nią.

Możliwe też, że wielu słyszało jej imię, gdy toczyła się rozmowa o świętych żyjących współcześnie na ziemi, lub, gdy opowiadano o cudownych wypadkach uzdrowienia od chorób różnych ludzi przez modlitwy Matuszki i za jej pośrednictwem. Aby się dowiedzieć, gdzie mieszka Matuszka i jak do niej dojechać było w tym czasie w Rosji rzeczą niezbyt trudną.

Jedni jechali do niej samochodami, inni przyjeżdżali pociągiem i autobusami. Przyjeżdżali Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini, Tatarzy, Żydzi i Cyganie, prawosławni i tacy, którzy nie znali żadnej religii. Wszyscy jechali do Matuszki z jedną myślą, czy otrzymają uzdrowienie od niemocy duchowej lub fizycznej, niszczącej ich życie.

Na pukanie przychodzących otwierały się niskie drzwi i wprowadzano ich do domu. Przechodząc przez ciemną sień i małą poczekalnię, wchodziło się do niewielkiego jasnego pokoju. W przylegającym do drzwi kącie były zawieszone ikony i obrazki, stało też stare łóżko z niklowanymi okuciami, a na nim siedziała trochę pochylona na poduszkę maleńka zwinięta w sobie staryca (od starzec – świątobliwy mnich, do którego przychodzą ludzie po porady duchowe, uzdrowienia) W czarnym, zniszczonym podriasniku i w apostoliku (nakrycie głowy mniszek prawosławnych w Rosji), który pokrywał nie tylko jej głowę, ale i plecy.

Chudziutka, cicha Matuszka bezgłośnie modliła się, przebierając palcami czotki (forma prawosławnego mniszego różańca), a przyjście kolejnego przybysza nie od razu przerywał jej czystą dziecięcą modlitwę. Okrągłe, blade oblicze z wielkimi błękitnymi oczami i czerwonymi ustami dawało poczucie spokoju i dobra.

W jej obliczu i całej postaci zawierał się ten poszukiwany przez ludzi wewnętrzny spokój. Wchodzący od razu czuł jak w jego duszy rodzi się światło, rodzi się napełnione łaską Bożą wewnętrzne odczucie innej rzeczywistości.

Polecano mu usiąść na stojącym obok łóżka Matuszki krześle. Nie każdy jednak odważył się siadać w jej obecności. Często ludzie klęczeli, bo tak w Rosji było przyjęte w rozmowie ze starcami. Nie tylko ludzie świeccy zginali przed Matuszką swoje kolana, ale i ludzie stanu duchownego, od prostego mnicha do samego metropolity.

Ludzie przychodzili do niej jeden za drugim, a ona, zmęczona przyjmowaniem, na minutkę jakby zaniemogła, bezwładnie schylała głowę na poduszkę. Widocznie całą noc modliła się nieustannie w jej wiadomych intencjach. Matuszka opadłszy z sił leżała z głową opartą na poduszce, a kolejny przybysz, myśląc o tym czy zdąży na pociąg, czy autobus, zamęczał ją swymi pytaniami. Z wielkim wysiłkiem podnosiła głowę, wysłuchiwała kolejnej prośby, udzielała odpowiednich odpowiedzi i porad, a czasem dorzucała: – Jak ja wam współczuję. Gdybym wam nie współczuła, nie przyjmowałabym was, a zamknęłabym się w zatworze. Daj wam Boże zdrowie. A chorym mówiła: Przejdzie, wszystko przejdzie! Matuszka za was się pomodli. Miejcie nadzieję w Bogu, a we mnie tylko troszeczkę, a wszystkie choroby ustąpią.

W ostatnich latach przychodziło do Matuszki Makarii szczególnie dużo ludzi, którzy napytali sobie biedy w wyniku kontaktów z uzdrawiaczami wyrosłymi jak grzyby po deszczu w czasie pierestrojki. Jedni byli psychicznie rozstrojeni, drudzy fizycznie zrujnowani i wycieńczeni. Jakże wiele kosztowało Matuszkę modlitwy i cierpienia, aby położyć kres ich cierpieniom i ratować ich nieszczęsne dusze! Ile tysięcy „uzdrowionych” przewinęło się przed Matuszką Makarią – wie tylko sam Bóg.

Czy możliwe było ludzką mocą dokonać tak wielkiej pracy i wypraszać przebaczenie dla tak wielkiej ilości ludzkich grzechów? Rzeczywiście, to nie leżało w ludzkich siłach. Tylko łaska Boża, którą ściągała na siebie schymniszka Makaria przez swoje przepełnione modlitwą życie, pełne pokory i prawdziwej miłości do bliźniego, przez wieloletnie podwigi ascetyczne. To dawało jej siłę i moc do czynienia takiego wielkiego dzieła, uprzednio zamierzonego przez Boga.

56. O pokorze i roztropności Matuszki

Opowiemy teraz o pewnych wydarzeniach z życia schymniszki Makarii. Bez cienia wątpliwości była ona człowiekiem sprawiedliwym, nigdy nie oddalającym się od prawdy Chrystusowej, Ewangelii i Tradycji wiary chrześcijańskiej. Maleńka, krucha, przedstawia sobą typ żołnierza Chrystusowego, który nie polega na sobie i wielkich tego świata, ale który całe swoje życie i całą swoją wolę oddał na służbę Bogu i ludziom i jest przykładem i uosobieniem męstwa i stanowczości.

Zadziwiającą cechą jej charakteru, według świadectwa dobrze znających Matuszkę Makarię, była mądrość Boża. Według słów św. hierarchy Bazylego Wielkiego, mądrość Boża to „poznanie rzeczy Boskich i ludzkich i ich przyczyn.” Duch Bożej mądrości pozwalał Matuszce, która okazała się godna daru jasnowidzenia, poznawać Boże tajemnice dotyczące przyszłości i dawać wyczerpujące odpowiedzi na nurtujące ludzi pytania.

Jednak najważniejszą cnotą przewyższającą wszystkie inne była pokora i roztropność Matuszki. Nie lubiła, gdy ktoś w jej obecności wypowiadał pochwalne słowa kierowane pod jej adresem. Bywało tak, że przychodzący do Matuszki w swojej duchowej prostocie zwracali się do niej słowami: – Święta Matuszko. W tym miejscu zawsze przerywała i mówiła: – Ja ani razu nie mówiłam, że jestem święta albo molitwiennica (mająca dar nieustannej modlitwy). Zawsze powtarzam, że jestem chora i przybłęda znikąd. Niech Bóg sam rozsądzi. Może być, że wy jesteście dwadzieścia razy godniejsi ode mnie.

O sobie i o swoim dziele pokornie mówiła: – Jakie tam moje cierpienia i trudy. Siedzę sobie na łóżku, ślepa, ręce chore, nóżki nie chodzą... Jestem przybłęda znikąd.

Pewnego razu i mnie przyszło prosić Matuszkę o przebaczenie za moją pychę, która zaistniała w naszych relacjach. Jej pokorna odpowiedź była dla mnie prawdziwą lekcją: – Ja nie wiem, co to jest pycha, – odpowiedziała Matuszka – ty mnie nazywaj jak tylko zechcesz, ja i tak się nie obrażę!

Opowiadali też, jak pewnego dnia do Matuszki przyszła pewna kobieta ze złymi myślami i zamiarami, pocałowała ją w rękę, ręka tak spuchła, że nie można jej było przełożyć przez dość szeroki rękaw podriasnika. Później zapytałem Matuszkę:

– Przecież ty wiesz, z czym do ciebie przychodzi ten czy inny człowiek. Jeśli nie w dobrym celu, to nie należy go wpuszczać.

– Nie wolno nie wpuszczać – odpowiedziała – trzeba wszystkich miłować.

Z większą pokorą, a raczej z pokorą połączoną z mądrością odnosiła się Matuszka do kobiet pracujących w jej domu, chożałkam jak je nazywała. To były kobiety, które dobrowolnie zgodziły się doglądać schorowaną mniszkę. Rozporządzały wszystkim, cokolwiek liczni przybysze przynosili Matuszce na znak wdzięczności za jej pomoc. Nie zwracając na to uwagi, one rządziły się w domu Matuszki po grubiańsku i tak samo odnosiły się do niej. Aż dziw, skąd u niej było tyle cierpliwości, aby znosić taką niesprawiedliwość.

– Zły duch łowi je w sieci. A ja siedzę na łóżku, albo czymkolwiek się nakryję, leżę bez szemrania. Ja muszę milczeć.

Jeżeli ktokolwiek z bliskich jawnie czymś przewinił wobec niej, ona nigdy go nie rozliczała z tego. – Ja na nikogo nie śmiem się gniewać, a jeśli oni się rozgniewali, to mówię: Nie jesteście godni ze mną dzisiaj rozmawiać. I milczę. Przy tym zawsze pamiętałam słowa Chrystusa: Błogosławieni ubodzy w duchu, to są ci pokorni, bo do nich należy Królestwo Niebieskie. (Mt. 5,3)

O zachowaniu Przykazań Bożych i swoich praw mniszych i obowiązków schymniszka Makaria powiedziała mi pewnego dnia: – Po pierwsze, ja niczego nie naruszam (w przykazaniach Bożych), a mieszkańców niebios staram się w niczym nie obrazić. Po drugie, zawsze stawiam siebie niżej od wszystkich.

Wspominając to, co przeżyła, Matuszka mówiła: – Nikogo nie znałam, prócz Boga. On taki jasny, jaśniejszy od słońca. Jego nie można obrażać. W innym miejscu Matuszka powiedziała: – Ja oprócz Boga i swojego łóżka niczego nie widziałam. Siedzieć sobie na łóżku i patrzeć na Boga, można i sto lat tak żyć.

Wiadomo, że wielcy chrześcijańscy podwiżnicy wysoko stawiali w hierarchii tych, którzy wykazali się wielką pokorą połączoną z mądrością Bożą. Często mówili, że pokorą kruszy się wszelką broń przeciwnika, szatana i jedynie pokora może zaprowadzić człowieka do Królestwa Bożego.

57. Dar proroctwa i jasnowidzenia u Matuszki

Chociaż przejawiał się dar jasnowidzenia u Matuszki już w dzieciństwie, jednakże ten dar Boży starała się taić przed ludźmi, pokrywając go jurodstwem (jurodiwi – szaleni dla Chrystusa, przybierają postać głupich, by ukryć wielkie dary Boże). Czasem zabawiała się lalką, innym razem coś niby szukała w przeróżnych woreczkach, w których były czotki, lub chustki różnego rodzaju, lub jakieś papiery... I tylko z wielkiej miłości do cierpiących ludzi i jakby z konieczności, czasem pozwalała sobie jakby wykraść tę tajemnicę i objawić ją na ludziach, ale tylko częściowo, nigdy w pełnym świetle.

Opowiem o tym pewną historię. Żona kapłana Władymira przyjechała do Matuszki z chorym synem Wasią. Pewnego dnia Matuszka poprosiła, by kolejny raz przyjechała z mężem, a ten by wziął Dary Eucharystyczne, by mogła do Nich przystąpić. Droga od nich do Temkino nie była krótka i księdzu Władymirowi jechać do Matuszki Makarii nie było po drodze, a prawdopodobnie ofiary z parafii były małe i jego rodzina żyła w biedzie. Z takimi myślami kapłan szedł do domu Matuszki. Gdy tylko przestąpił próg pokoju, gdzie przebywała Matuszka, wcisnęła mu zwinięte w rulonik pieniądze ze słowami: – Weź, to na powrotną drogę.

A pieniędzy było dokładnie tyle, ile potrzeba było by dojechać do Temkina.

Zawsze mnie zdumiewała prozorliwość (jasnowidzenie) schymniszki Makarii w stosunku do tych, którzy przyjeżdżali do niej, szukając uzdrowienia ze swoich chorób.

Kobieta w wieku około 40 lat narzekała na to, że często ma zaćmienie umysłu i traci rozeznanie, a w ostatnim czasie męczy ją silny niepokój. Matuszka uważnie słuchała i nagle zadaje, pozornie zupełnie niezwiązane z tym, pytanie: – A dlaczego ty masz taki wielki brzuch? Kobieta w swej nieświadomości wzrusza ramionami. Minęło kilka dni, a chora kobieta znów przyjeżdża od Temkina po święconą przez Matuszkę wodę. Poznałem ją, nie wytrzymałem i zadałem jej nieskromne pytanie: – A dlaczego, powiedzcie, Matuszka ostatnim razem zapytała o wasz brzuch? Pomyślałem wtedy, że nie było to zwyczajne pytanie? Kobieta z początku nie zrozumiała, o co chodzi, a potem uśmiechnęła się i odpowiedziała: – W tym momencie „on” uniósł się, i wszystko wróciło do normy, zostałam uleczona. Zrozumiałem, że kobieta mówi o demonie, który męczył ją do chwili spotkania z Matuszką Makarią, a później „uniósł się”, rozdymając jej brzuch na świadectwo dla innych.

Matuszka mogła swym duchowym wzrokiem od razu objąć całego człowieka, nie tylko widziała obecny stan jego boleści duchowych i fizycznych, ale przede wszystkim wiedziała, jak je wyleczyć.

58. O starczeskim podwigu Matuszki

Dary jasnowidzenia i nauczania pomagały Matuszce Makarii nieść ciężkie i nadzwyczajne posłuszanie, które nakazała jej wypełniać Królowa Niebios, tj. dar i podwig jednocześnie, który nazywamy Starczestwem. Starcem, (lub starycą) znającym drogi Bożego przewodnictwa, może być tylko mnich, który tym duchowym darem jest obdarowany i jest doskonały w podwigach ascetycznych. Daru tego nie można osiągnąć samemu, choćby nawet przez wytrwałą ascezę. Dar ten można tylko darmo otrzymać od Boga, dla spełnienia określonego zagania w Cerkwi, zgodnego z planem Bożym. Swoim przykładem i poprzez skierowanie na odpowiedni szlak duchowy, starzec pomaga swoim duchowym dzieciom toczyć walkę z żądzami i pokusami i dochodzić do wszelkich niebieskich darów.

Myśmy nie widzieli tej ogromnej pracy, jaką wykonywała Matuszka Makaria nad naszymi duszami, ale zawsze odczuwaliśmy na sobie jej nadprzyrodzone działanie i jej wstawiennictwo. Dusza otrzymywała ulgę, napełniała się spokojem i radością.

Przychodzący do schymniszki Makarii szukali pocieszenia, rady i błogosławieństwa na takie czy inne dzieło. Otrzymując pouczenie, przychodzący prosili jeszcze, by ich błogosławić na obranej drodze. Schylani się wtedy, lub klękali przed siedzącą na łóżku lub leżącą Matuszką, a ona swoją lekko uniesioną ręką kilkakrotnie nad głową kreśliła znak Krzyża świętego. Przy tym zawsze głowa znajdowała się w centrum Krzyża. Następnie dłonią uderzała po głowie jeden, dwa, lub trzy razy. Po takim błogosławieństwie w duszy nagle stawało się jaśniej i przepełniał ją błogi spokój. Człowiek czuł w sobie niebiańską radość, jakby wyrosły mu skrzydła. – W duszy czujesz niewypowiedzianą niebiańską rozkosz, modlitwa serca dokonuje się nieustannie, a nogi same niosą cię do domu. Wszystko w tobie śpiewa a długa droga zdaje się być już o wiele krótsza... – mówił jeden z duchowych synów Matuszki. Byliśmy wewnętrznie przekonani, że to Sama Królowa Niebios w niewidzialny dla cielesnych oczu sposób, błogosławiła nas ręką Matuszki Makarii.

59. O darze modlitwy

Ludzie znali Matuszkę Makarię jak wielką modlitewnicę (zajmującą się stale usilną i nieustanną modlitwą). Jeśli zwróciła się w czyichś intencjach do Boga, do Przeczystej Bogurodzicy, czy do świętych Bożych ugodników (miłych Bogu, godnych Boga), była szybko wysłuchana. – Przez całe moje życie, jak pamiętam, zawsze modliłam się do Boga – powiedziała mi kiedyś. A w swojej płomiennej modlitwie była niezmordowana. – Z modlitwą nie mam trudności, a z modlitwą nic nie jest trudne. Mój kochany, mój ty syneczku, tyle modlitw znam, że nie policzysz. I w każdej wolnej minucie modliła się, a modlitwa ją umacniała. – Ja tylko się położę, zamknę oczęta i zaraz tworzę modlitwy...

Przykładów potwierdzających prawdziwość i skuteczność jej modlitw można przytoczyć mnóstwo. Moc Boża, jak wiadomo, w słabości się doskonali! Jej usta poruszały się podczas nieustannej modlitwy, schymniszka Makaria zwracała się do Królowej Niebieskiej i na naszych oczach dokonywał się większy lub mniejszy cud.

Tak np. w 1987 roku wiozłem do Matuszki starego protojereja kapłana Michała. Na spotkanie z nim Matuszka czekała dawno... Jak to się dzieje, rano padał silny deszcz, szaro-ołowiane niebo rozświetlały tylko błyski piorunów. Już pogodziliśmy się z myślą, że trzeba będzie wysiąść z samochodu i że zmokniemy od stóp do głów, zanim dojdziemy do domu Matuszki po rozmokłej od deszczu wiejskiej drodze. Lecz jak tylko samochód skręcił z Mińskiej drogi na drogę do Temkino, nagle wszystko się zmieniło. Z tyłu, z lewej i prawej strony lały się z nieba potoki wody, a przed nami była wąska smuga światła, w kierunku której jechaliśmy. W oddali widać było jasne słońce. Droga nie kurzyła się, jak to bywa na takich drogach podczas upałów. Kurz był przybity grubymi kroplami wody padającymi z rzadka. Droga nie była rozmoczona i nie trzeba było zostawiać samochodu gdzieś w błocie.

Jak tylko weszliśmy do domu schymniszki Makarii podszedłem do łóżka Matuszki, klęknąłem na kolana i podziękowałem jej za szczęśliwą drogę. Wierzyłem, że to ona wybłagała u Bogurodzicy takie cudowne zjawisko, że nie zmokliśmy i nie musieliśmy zostawiać unieruchomionego w błotnistej mazi samochodu. – Wiedziałam, że przyjedziecie, dlatego modliłam się w nocy – cicho odpowiedziała Matuszka.

Wiadomo, że tajemnice Boże odkrywają się nam, według miary pozyskiwania samego Ducha Przenajświętszego. Matuszka Makaria nie tylko znała Boże plany i pilnie je wypełniała, tak jak trzeba, ale mogła też wyprosić swoimi świętymi modlitwami u Boga i u Przeczystej Bogurodzicy, aby zmienili Oni bieg wydarzeń.

W 1989 roku w Wielkim Tygodniu męki Chrystusowej, przed Paschą, w Moskwie oczekiwano na trzęsienie ziemi. Wiele o tym pisano w gazetach. Upewniłem się o prawdziwości prognoz, pojechałem z pośpiechem do Matuszki Makarii i błagałam ją, by swymi modlitwami wyprosiła u Boga zaniechanie tej kary i oddalenie nieszczęścia. Aż strach było pomyśleć, co mogło się stać z milionami ludzi, gdyż epicentrum wypadało w gęsto zaludnionej części Moskwy, zwanej Carycyno.

– W czwartek i piątek modliłam się: Boże, zbaw ich wszystkich, błagałam: Matko Boża, wybaw ich wszystkich – mówiła mi po tym Matuszka. A Bogurodzica odpowiedziała: – Ja sama nie mogę powstrzymać karzącej prawicy Boga, tylko razem z moimi pomocnikami, niebożytelami żyjącymi w niebie jak i też z ludźmi na ziemi, którzy oddali mi swe życie. W Wielki Piątek 28-kwietnia Królowa Niebios objawiła się podwiżnicy i powiedziała, że Bóg oddalił nieszczęście od Moskwy. (Trzeba tu dodać, że wielkie trzęsienie ziemi nawiedziło wtedy Armenię – przyp. tłum.) Moskwa dalej żyła swym życiem wielkiej światowej metropolii, a o strasznych prognozach szybko zapomniano. O tym, że nieszczęście i zagłada stolicy była wstrzymana przez modlitwy schymniszki Makarii, wiedziało niewielkie grono bliskich jej osób.

Wszyscy znamy Ewangeliczne opowiadanie, kiedy pewnego razu uczniowie przystąpili do Jezusa Chrystusa i pytali Go, kto jest największy w Królestwie Niebieskim, Jezus postawił przed nimi dziecko i powiedział: Zaprawdę powiadam wam, jeśli się nie zmienicie i nie staniecie jak to dziecko, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego. Każdy, kto się poniża i staje jak to dziecko, będzie największy w Królestwie Niebieskim (Mt. 18. 2-4). Tak dosłownie umniejszała się schymniszka Makaria, która w czystości swej żarliwej wiary była jak dziecko. Oj, jak ona modliła się do Królowej Niebios! Często prosiła: – Matko Boża! Przynieś mi swojego Maleńkiego Syna, bo ja nigdy nie będę miała swoich dzieci. Matka Boża objawiła się jej i przyniosła Swojego Syna w postaci dziecięcia. Położyła na łóżku – opowiadała Matuszka – On takie ma piękne włoski, taki cudowny, ja całowałam Jego rączki i płakałam. W duchowym świecie wszystko jest możliwe, a według swej dziecięcej wiary, Matuszka zawsze otrzymywała wszystko, o co prosiła. Tylko te małe i wielkie cuda trzeba było zobaczyć....

Do Matuszki Makarii przez wiele lat przyjeżdżał po porady przewodniczący pewnego sowchozu. Ten wydający mi się bardzo sympatycznym mężczyzną człowiek, bardzo dużo pomagał Matuszce w gospodarstwie. Pragnąc z tego powodu jakoś podziękować obiecałem mu podarować Biblię i Molitwosłow (księga z Liturgią Godzin). Kupić zaś tych ksiąg nigdzie nie było można. Dwa razy dzwoniliśmy do siebie, ale on nie mógł z różnych przyczyn tych ksiąg odebrać. Trzecim razem wybierając się z domu Matuszki, trochę zdenerwowany powiedziałem: – Niech teraz sam przyjedzie po te księgi. A zostawić ich u Matuszki nie mogłem, ponieważ odradzała mi to.

Tuż przed pójściem na spoczynek, piliśmy herbatę z samowara i wtedy pod dom zajechał znajomy samochód kierownika sowchozu. Przypadłem do Matuszki i zapytałem: – Matuszko, czy ty modliłaś się o jego przyjazd po te księgi? Prosiłam Matkę Bożą – odpowiedziała – przyślij mi dzisiaj Sergiusza, on musi być koniecznie. Bogurodzica zjawiła się od razu. – Dobrze, dobrze, przyjedzie niebawem. Teraz nie mam czasu. I odleciała. Później, gdy pytałem Sergiusza o to wydarzenie, wyjaśnił mi, że z powodu swych zajęć nie miał zamiaru jechać tego dnia do Matuszki, ale sprawy tak się pozmieniały, że nieoczekiwanie wsiadł do samochodu i przyjechał.

60. O Królowej Niebios

Matuszka nikomu, prócz mnie, nie opowiadała tak wiele i dokładnie o objawieniach samej Bogurodzicy. Dzisiaj, kiedy Matuszki Makarii nie ma już między żywymi, koniecznością jest opowiedzenie o tym innym ludziom w nadziei, że to posłuży dla zbawienia licznych dusz.

– Gdy byłam w tym domu – opowiada Matuszka – Ona i tutaj przychodziła. Drzwi nie szukała, szła tam, gdzie ludzie nie wchodzą. Gdy przychodziła ze wschodu przez ścianę, to ta jakby upadła przed Nią, znikła, jakby była odkryta. A gdy był czas Jej odejścia, jakby znów przysunęła tę ścianę. Gdzie Ona przyjdzie, kwitną kwiaty. W tym domu przychodzi przez taras, a wszystkie drzwi usłużnie się Jej otwierają, tak przychodzi, tak nawiedza miłe Jej osoby.

Będąc wiele razy w domu Matuszki od dawna zwróciłem uwagę na to, że szczególnie te drzwi, zwrócone na wschód słońca, przez które dawno nikt nie przechodził, były pomalowane na kolor niebieski, kolor Bogurodzicy, choć cały dom pomalowany był złotą ochrą i czerwoną minią a na ich tle były białe wzorki.

Królowa Niebios objawiała się w swojej niebiańskiej chwale Matuszce, która po dwóch latach życia na ulicy w błocie i śniegu przeprowadziła się do Matuszki Natalii. Wtedy objawiła się jej Bogurodzica i siedemdziesiąt cztery dziewice i długo z nią rozmawiała. – We mnie wszystko się trzęsło – wspominała Matuszka. – Swoją rączkę położyła, było dobrze. Ja Matki Bożej bałam się. Przyczynę podobnego lęku można zrozumieć czytając słowa świętego starca Sylwana z Atosu: Prepodobny Sergiusz (z Rodoneża – przyp. tłum.) w czasie objawienia się mu Matki Bożej, stał przed Nią dlatego, że miał większą łaskę Przenajświętszego Ducha, a jego uczeń Michej upadł na twarz, bo nie mógł patrzeć na Bogurodzicę. Również Serafin Sarowski miał wielką łaskę Przenajświętszego Ducha, gdy zjawiła mu się Matka Boża, a jego posłusznica upadła na twarz gdyż miała mniej tej łaski. (Archim. Sofronij, „Starzec Sylwan” Paryż 1952 str. 181). Tak i schymonachinia Makaria przez ostatnie dwadzieścia lat swego życia miała tyle Łaski Bożej w sobie, że nie tylko mogła widzieć Bogurodzicę twarzą w twarz, ale i mogła z Nią rozmawiać.

Pewnego razu świadkiem objawienia Królowej Niebios posłusznicy Tichonie, była też obecna matka Natalia, która mówiła jej później: – Całe życie jestem mniszką, a Matka Boża na mnie nawet nie spojrzała. – Gdy żyłam w domu matuszki Natalii, Ona objawiła się tylko dwa razy – mówiła innym razem Matuszka. – Pierwszy raz rozmawiała ze mną długo, a drugim razem uczyniła znak Krzyża nad plecami i głową, jakby słońce zaświeciło. Matka Boża wtedy nie objawiała się często, bo byłam młoda. Teraz Ona częściej przychodzi, dlatego, bo jestem już stara.

Opowiadała schymonachinia Makaria o tym, jak Bogurodzica objawia się na ziemi: – Schodzi tam, gdzie jest niebiańska drabina. Prawie każdego dnia schodzi z niebios o trzeciej godzinie w dzień, od razu unosi się cudowny aromat. Ona pachnie jak jakaś jagoda. Ten zapach każdy może poczuć, szczególnie, gdy wyjdzie w tym czasie na dwór. Objawiała się też inaczej, szczególnie wtedy, gdy schymonachinia Makaria o coś Ją usilnie błagała. Gdy Ona przechodzi, to wszystko jedno czy świece płoną czy nie, wszystko się świeci. Tak przylatuje. Wtedy nie czuje się żadnych zapachów.

Na ikonach odzież Królowej Niebios zawsze ma taki sam kolor omoforionu, którym nakrywa głowę i ramiona, różni się od koloru tuniki. Zapytałem o to kiedyś Matuszkę. Odpowiedziała mi, w co Bogurodzica była ubrana, gdy była u niej ostatni raz. Ubrana w długą, bardzo długą szatę koloru niebieskiego, oblicze miała zasłonięte. Z następnych opowiadań Matuszki Makarii zrozumiałem, że objawiać się ludziom Bogurodzica może w różny sposób. – Jeżeli zechce, objawia się w swojej chwale – mówiła Matuszka – Ach, jaka jest wtedy niezwykle strojna. Aż nie można jej strojności opisać. Jest jak kwiat maku, wesoła, radosna, wystrojona w kwiaty, często z wieńcem na głowie. Ona przychodzi zawsze w innej odzieży...

Drugi raz dowiedziałem się od Matuszki: – Matka Boża czasami przychodzi w białej odzieży, a czasem w czarnej, w czerwonej, kiedy musi wypełnić coś bardzo ważnego. Zbawiciel jej podpowie, a Ona tak się odzieje i założy wianek na głowę. Od razu Ją poznasz, ja już przywykłam, wśród tysiąca ludzi zawsze Ją poznam. Zewnętrzny wygląd Bogurodzicy Matuszka opisała tak: – Ona ma lśniące, czarne włosy, jak skrzydła żuczka i takie długie.

W ostatnich latach Królowa Niebios objawiała się Matuszce Makarii bardzo smutna. – Teraz Ona często zapłacze, oj popłacze, a łzy takie rzęsiste, dziś bym mnóstwo zebrała...

– Czy często, i jak długo przebywała u Ciebie Bogurodzica, Matuszko? – zapytałem ją któregoś dnia. – Dawno u mnie nie była – z goryczą odpowiedziała Matuszka. W tym czasie w jej domu był wielki nieporządek z powodu dwóch „gosposi”, które rządziły się w jej domu i zbezcześciły jej dom swymi czarami, gusłami. A tam, gdzie jest nieczystość, Ona nie przychodzi. Dopiero pod koniec, gdy Matuszka wyzwoliła się od usług niedobrych „gosposi”, a cały dom poświęcono, schymniszka Makaria z radością mi oświadczyła: – Matka Boża przychodzi do mnie raz w tygodniu, a czasem częściej. Zwykle zjawia się na krótko, machnie do mnie swą rączką: Matuszko, teraz nie mam czasu – i już nie wiesz gdzie jest. Innym razem niewiele słów wypowie, trzy, cztery słowa, i uleci.

Zazwyczaj Matka Boża mało mówi. – Jeśli przywyknie do kogoś, wtedy mówi więcej – uściśliła Matuszka. – Gdy tylko się zjawi, zawsze wzdrygam się na Jej widok.

– Dlaczego ty się mnie jeszcze boisz?

– A jakże nie bać się Ciebie, Królowo Niebieska, skoro my ludzie, wszyscy jesteśmy grzesznikami – wspominała Matuszka.

W ostatnich latach swego życia schymonachinia Makaria nie raz przypominała Bogurodzicy o swoich chorych nogach i prosiła ją: – Królowo Niebieska, Matko Boża, podźwignij mnie z tego łoża. W odpowiedzi usłyszała to, co przedtem: – Czas nie nadszedł. Często też pytała: – Dlaczego pozostawiłaś mnie bez nóg? Bogurodzica odpowiadała: – Jesteś mi taką potrzebna. Inna by uciekła, ale ty nie uciekniesz.

Matuszka opowiadała jeszcze tak: – Objęłam Ją za szyję i mówię do niej: – Najukochańsza!

Ona uśmiecha się. – Czemuś mnie objęła?

– Weź mnie do domu, weź mnie do siebie – proszę Ją.

– Jeszcze nie ukończyłaś podwigu.

– A potem?

– A potem zobaczymy.

Matuszka opowiadała, a uśmiech rozpromieniał jej oblicze: – A ja mówię do Niej: Moje nóżki nie chodzą, a ja biedna kaleka, tak czy inaczej pod Twój Pokrow (płaszcz opieki) się podczołgam. Matka Boża milczy, uśmiecha się.

Jakby pokonując siebie, swoje męki, Matuszka żaliła się Włodarce Niebieskiej: – Za cały świat wybrana, a tu tyle ciężaru za chorych, za pijaków, za wszystkich buntowników muszę tutaj tak bardzo cierpieć! W odpowiedzi usłyszała Jej słowa: – Jeszcze pocierp. Jak ty się męczysz! Ale jeszcze nie wypełniłaś swej powinności, dlatego nie mogę cię zabrać do siebie – było jej objawione przez Bogurodzicę po raz drugi.

W czerwcu 1989 r. Matuszka mówiła o Bogurodzicy, że zaczęła często się zjawiać, prawie każdego dnia. Mówiła: – Przejdę się teraz po domach, aby wszyscy żyli spokojniej. Matuszka mówiła, że Królowa Niebieska odwiedza chorych, cierpiących i błagających Ją o pomoc, często odwiedza nasze miasta i wsie. – Po domach przejdę się, jednych przygotuję do śmierci – przekazywała Matuszka Jej słowa – a innych pozostawię, tych, co w pokoju żyć będą.

Przekazywała schymonachinia Makaria i inne słowa Królowej Niebios: – Ziemi Ruskiej nikomu sprzedawać nie wolno, Matka Boża stawia zakaz! Nie wolno ziemi sprzedawać, a ziemia choćby nawet i nie poświęcona, ale jest chroniona. Ja mam o nią staranie. Rosję chroni i ziemi nie odda nikomu.

Czy można przeliczyć liczbę tych gorących modlitw, które wznosiła ze swego serca Matuszka Makaria do Boga i Królowej Niebios za Ojczyznę, za Rosję. Gdy nastały czasy pierestrojki, czasy trwogi, grożące destabilizacją całego kraju, modliła się jeszcze więcej i usilniej. Opowiadała o tym, jak ubłagała Włodarkę Niebieską drżeniem duszy

– A Rosja to będzie? Czy będzie zachowana Rosja?

– Rosja jeszcze jest wierna Prawosławiu – usłyszała Matuszka w odpowiedzi – Rosja nie zginie.

Relacje między Matuszką Makarią a Bogurodzicą były jak najbardziej zażyłe i serdeczne. Często rozmawiała z Bogurodzicą, jak to nazywamy w cztery oczy, twarzą w twarz. Błagała Ją jak rodzoną Matkę. Te odwiedziny Bogurodzicy i serdeczne rozmowy podtrzymywały Matuszkę w jej ciężkim niesieniu krzyża cierpienia. Wiele razy Matuszka otrzymywała od Bogurodzicy duchowe pocieszenie, a po każdych odwiedzinach Bogurodzicy Matuszka stawała się radosna i przepełniona Bożym pokojem.

61. O objawieniach się świętych

Matuszce Makarii było danych wiele cudownych objawień. Umacniały one Matuszkę w nieustannym trudzie modlitwy i cichym niesieniu krzyża kalectwa i cierpienia. Święci Boży objawiali się, aby podtrzymywać Matuszkę na duchu w niesieniu nieprawdopodobnie ciężkiego krzyża. O tych objawieniach opowiadała Matuszka niejednokrotnie. Nieraz objawiali się jej święci, których imiona nosiła. Przychodził Makary Wielki. Był w nakryciu głowy, jak w wieńcu, przynosił mi prosfory. Prosfory te były pocięte na kawałki. Zaścielił obrus, talerzyk postawił, wsypał trochę tych cząstek i mówi: – Jedz. – A ja tuląc się do ściany ze strachu wzięłam tylko jedną. A jaki od niej szedł zapach, jaki smak, żałuję, że tylko jedną wzięłam. Innym razem Matuszka przekazała mi słowa świętego: – Tobie Matuszko nie polepszy się tu na ziemi. Nie będzie Ci lepiej aż do tej pory, kiedy pójdziesz do nieba.

Od mieszkańców niebios schymonachinia Makaria zawsze otrzymywała wielkie zaufanie i rady, które pouczały ją jak ma nieść swój życiowy krzyż. – Cztery lata temu przychodził do mnie święty Serafin z Sarowa (1982). Usiadł na ławce przy łóżku i mówi: Musisz więcej spać. Potrzeba spać sześć godzin, inaczej osłabniesz. Matuszka na to odpowiada świętemu: Jeśli będę spać tyle godzin, nie dam rady odmówić wszystkich modlitw, poświęcić wody i oleju.

62. O objawieniach się Boskiego światła

Stało się to 4 lub 5 lutego 1989 r. i świadkiem był obecny wtedy u Matuszki Makarii kapłan. W tym czasie w domu Matuszki miały miejsce dziwne działania biesowskie. Przysparzały one schymonachini wiele goryczy i przeszkadzały jej wypełniać dobrowolnie przyjęte zobowiązania pokuty i modlitwy. Matuszka prosiła świętych Bożych i Bogurodzicę o wybawienie od wszelkich szatańskich sideł i przeszkód. Święci odpowiadali: – Módl się tak: Boże uświęć sam.

– Modliłam się do Boga, nie pamiętam już, chyba kilka godzin. Około trzeciej godziny dom mój ogarnęła światłość. Światłość tak tajemnicza, taka świetlista, że w tym cudownym świetle wszystko było złote. Można było igłę i najmniejszy okruch dostrzec na podłodze, taka jasność. Cały dom napełniał się wtedy zapachem jakby kadzidła lub oleju w czasie namaszczania. Ten święty stan lekkości, gdy było mi tak dobrze, utrzymywał się przez trzy dni. Zapominałam wtedy o wszystkich chorobach. A potem wszystko przeminęło.

O tym cudownym zjawieniu się Boskiego światła opowiadała mi Matuszka z wielkim przejęciem i strachem Bożym niejeden raz, na przestrzeni czterech dni. Ja zaś patrzyłem w zachwycie na jej błogosławione oblicze, na którym lśniła nieziemska radość.

Opowiadał o tym nieziemskim i Boskim świetle świadek tego zdarzenia w domu schymonachini Makarii, obecny tam kapłan. Spał za garderobą, wnet się przebudził i spojrzał na tę część domu, gdzie była Matuszka, w pomieszczeniach między piecem a garderobą, jednak bał się wyjść. Była trzecia godzina w nocy, początkowo światło było niezbyt silne, ale po chwili cały dom zalała światłość tak silna, złocisto-ognista, oślepiająca oczy, że nie było moż na nią patrzeć, tak silne było to światło.

63. Przeszkody biesowskie

Bóg nie daje wielkich łask bez wielkich pokus, tak mówi wielki chrześcijański asceta Izaak Syryjczyk. Tak było i w życiu Matuszki Makarii, która wiele, wiele razy, szczególnie w ostatnie dni swego życia, poddawana była silnym i wielorakim pokusom i prześladowaniom od diabła, jego sług i wykonawców jego woli, których w ostatnim stuleciu wykorzystał i dalej wykorzystuje do budowania chaosu, ohydy i plugastwa na ziemi, do rujnowania Cerkwi Chrystusowej i szkodzenia Jego świętym.

Dodawali cierpienia i tak już pełnemu cierpień życiu Matuszki złodzieje, którzy nie raz zachodzili do jej domu ze złymi zamiarami. Nie raz robili to Cyganie, starając się wejść do domu chytrością, podstępem i przemocą. O tym wszystkim uprzedzała swoje „gosposie”. One jednak za każdym razem były winne zaniedbania ale nie tylko nie prosiły Matuszki o przebaczenie za swoje niedbalstwo, brak troski, nie upilnowania tego, co się później się działo, mimo uprzedzenia, ale to one jeszcze wyładowywały później swój gniew na Matuszce. Widać zatem, że Bóg dopuszczał to wszystko dlatego, by jeszcze raz sprawdzić siłę wiary i głębię pokory Matuszki, która mówiła: – To po prostu takie doświadczenia. Niech Bóg sam wypróbuje serce moje.

W połowie czerwca 1988 roku schymonachinia Makaria po długiej i ciężkiej chorobie znów otrzymała uzdrowienie i w pełny, sobie właściwy sposób, mogła znów stanąć do walki z duchami ciemności. W widzialny sposób, odpowiedni w tym czasie, łukawy (przewrotny, zły duch) wiele zastawiał swych sieci na Bożą podwiżnicę, aby rozwalić i zniszczyć jej duchowy spokój i osłabić siłę jej modlitwy.

W czasie dnia z powodu przychodzących do Matuszki ludzi, a także z powodu jej „gosposi” nie było spokoju, a w nocy nieustannie stawiała czoło złym mocom. – Zechcesz gorąco pomodlić się do Boga, a ten łukawy, zły duch wszystko niszczy – mówiła Matuszka. Nie raz słyszałem, jak Matuszka odganiała od siebie złego ducha. Pewnego razu przystąpił on do Matuszki, gdy była ciężko chora, ale silna duchowo i kusił ją:

– Cyganko czarna, nie umyta i zabłocona, zemszczę się na tobie.

– Uciekaj – odganiała go Matuszka od siebie – po coś tu przyszedł, ja się ciebie nie boję. Jak ci zaraz czotkami (różańcem) przyłożę, to się kopytami nakryjesz.

Innym razem ona sama, zawsze łagodna i serdeczna, srogo komuś niewidzialnemu przykazywała: – Wynoś się, wynoś się, uciekaj niegodziwcze!

Najwięcej diabelskich sideł zastawiali Matuszce kołduni (współcześni zaklinacze, znachorzy, posługujący się siłą diabelską). Przychodzili zemścić się fizycznie na bezbronnej podwiżnicy, która niejednokrotnie wybawiała ich ofiary z ciężkich niebezpieczeństw i niszczyła sidła przygotowanie im przez nich za pomocą współczesnych środków deprawowania młodych lub naiwnych dusz, nie utwierdzonych w wierze. – Niszczyć chcą tego – mówiła – kto im przeszkadza w ich służbie demońskiej. Oto ja przeszkadzam kołdunom, a oni chcą mnie zniszczyć.

– Ja tak do śmierci cierpieć będę – mówiła o sobie Matuszka – ja już jestem przybita do Krzyża, a u Boga takiego Krzyża nikt nie niesie. I rzeczywiście przybita do łóżka Matuszka Makaria, będąc sama jak małe i bezbronne dziecko, ofiarnie wypełniała swoje zbawcze dzieło za świat i za Rosję poprzez uczestnictwo w cierpieniu Chrystusa, w Jego męce i Krzyżu.

64. Dziwny sen

Jedna z duchowych córek Matuszki Makarii opowiadała mi swój sen. Widziała cudowne drzewo, które miało trzy potężne konary, wyrastające z jednego pnia. Były na nim piękne owoce, podobne jednocześnie do gruszek i jabłek. Były dojrzałe i rumiane. Ktoś trząsł tym drzewem tak mocno, iż jego owoce obficie sypały się na ziemię, a nawet samo drzewo przyginało się do ziemi. Nagle zjawiła się gospodyni tego drzewa, cała ubrana na biało. Wraz z jej pojawieniem się drzewo uroczyście wyprostowało się, przyjęło dostojną postawę, nawet skłoniło się w stronę gospodyni. Ta wzięła je w swoje ręce i zniknęła wraz z nim z pola widzenia. Słyszałem też komentarz do tego snu i według mnie jego obrazy zawierają w sobie następujące przesłanie: Gospodyni drzewa to Bogurodzica, a cudowne i pełne różnorodnych owoców drzewo, to pokorna schymonachinia Makaria.

65. Ostatnie miesiące życia Matuszki

Pewnego razu schyarchimandryta Makary (mnich podniesiony do godności archimandryty, opat, który przyjął wielką schymę) miał taki sen: Na dom Matuszki Makarii schodził z góry ogromny krzyż. Zdawało mi się, że on całkowicie zdruzgoce dom, schyarchimandryta chciał krzyczeć. W tym momencie usłyszał w odpowiedzi: – My tutaj będziemy budować świątynię.

– Oj, żebyście wiedziały dzieci moje, jak mi ciężko na sercu – mówiła Matuszka – ono tak mnie boli, nie mogę oddychać. Niedługo zajdą w tym domu jakieś zmiany.

W tym samym czasie żyjący na stałe w domu Matuszki młody gospodarz prowadzący dom i gospodarstwo, postanowił wybudować na tym miejscu ogromny, nowy dom dla swojej rodziny i dla Matuszki. W tym celu zaczął nawet zwozić materiały budowlane.

– Za nic bym nie rozpoczynała budowy nowego domu, ale on się uparł – z pokorą i rezygnacją mówiła Matuszka – obiecał zająć się mną aż do śmierci, potem może sprzedać dom, a sobie wziąć pieniądze.

Zapytano w tej sprawie starca Serafina, co myśli o rozpoczętej budowie. On odpowiedział krótko: – Nim kieruje bies. Budowę rozpoczęto po to, by pogrzebać schymonachinię Makarię.

Budowa domu w całości pochłonęła jego rozum i serce. Im wyżej rosły ściany budynku, tym bardziej odbijało się to na życiu Matuszki.

Wokół Matuszki kręciły się dwie młode „strażniczki”, nie odstępując jej na moment. Były one potrzebne młodemu gospodarzowi, aby słyszeć i widzieć wszystko, co będzie mówić i robić podwiżnica Matuszka z przychodzącymi do niej duchowymi dziećmi.

– Niczego teraz nie wiecie – dzieliła się ze mną Matuszka któregoś dnia w obecności młodych „strażniczek” – mam teraz podłe życie. Ciągle mnie teraz obrażają.

Teraz rozpoczęto izolowanie Matuszki i odgradzanie jej od ludzi. Nie mogą już przychodzić do Matuszki sąsiedzi, nie przyjeżdżają już z daleka jej duchowe dzieci. Jeśli zaś ktoś nagle przyjechał z daleka, to wizyta musiała być krótka i zawsze obowiązkowo w obecności „strażniczek”.

W końcu Matuszka została całkowicie odizolowana od bliskich jej ludzi, została sam na sam z nowym gospodarzem. Często siedziała na łóżku zamknięta na klucz w swym pokoiku, oczekując na łaskawe podanie kubka wody.

66. Śmierć

18 czerwca 1993 roku tuż przed północą, o godzinie 23:30, schymonachini Makarii zabrakło wśród żyjących. Odeszła do Boga pełna światła i pokoju Bożego, przy pełni władz umysłowych. Ostatnie jej słowa były zwrócone do nas wszystkich: – Pośćcie i módlcie się... W tym jest zbawienie.

Pogrzebano Matuszkę na wiejskim cmentarzu we wsi Temkino, w powiecie Wjazemskim, Guberni Smoleńskiej, gdzie przeżyła pięćdziesiąt lat. Jej mogiłka, pierwsza z brzegu, przy wejściu, będzie teraz przyjmować potrzebujących duchowego wsparcia ludzi i pomagać każdemu, kto odwiedzi to miejsce spoczynku służebnicy Bożej. Na mogiłce umieszczono skromny krzyż i granitową płytę, na której wyryto napis: Schymonachinia Makaria +18.06.1993.

Wysoki stopień życia duchowego orędowniczki prawosławnego narodu, nieustannie modlącej się za nas schymonachini Makarii, ukazuje nam wszystkim, że zawsze, nawet w najcięższych czasach terroru bolszewickiego i stalinowskiego, powszechnego odstępstwa i obojętności chrześcijan, byli i są wśród nas ludzie święci, żyjący na ziemi, w których prawda Boża nie umiera.

18 czerwca 2000. W siódmą rocznicę śmierci Matuszki Makarii.

Zakończenie

Bracia i Siostry!

Monaster świętych Cyryla i Metodego w Ujkowicach zanim stał się oficjalnie prawosławny, otrzymał „Russkij Pałomnik” od bractwa świętego Germana i treścią zawartą w tym piśmie budował swoją duchowość. Jak nam wiadomo, niewiele osób zna to pismo w naszej Cerkwi w Polsce. Pragniemy zatem systematycznie przygotowywać do druku te perły prawosławnej duchowości, aby zaświeciły swym blaskiem w naszych domach, parafiach i monasterach, aby rozświeciły przyćmione środowiska, w których wypadło nam żyć z Bożej Opatrzności. Przekazujemy w Wasze ręce to pismo, abyśmy umacniali się w wierze, nadziei i miłości chrześcijańskiej. Przeczytajcie je uważnie, przekażcie Waszym dzieciom i wnukom. Przekażcie chorym i cierpiącym, tym, którym ciężko pogodzić się z cierpieniem. Krzyż niesiony przez Matuszkę Makarię był tak wielki, a ona dała nam przykład męstwa, jakiego możemy życzyć sobie choćby w małej części.

Prosimy Boga, przez modlitwy Matuszki Makarii, aby, jeśli będzie taka Jego wola, ulżył naszym cierpieniom, umocnił naszą chrześcijańską cierpliwość i zapalił w nas pragnienie bycia świętymi.

© Monaster Św. Cyryla i Metodego w Ujkowicach - monasterujkowice.pl - Wszystkie prawa zastrzeżone.