Prawosławny monaster Św. Cyryla i Metodego

http://monasterujkowice.pl/books.php?b=4&c=9
Monaster w Ujkowicach » Wydawnictwa » Historia Watopedzkiej Ikony
okładka książkiHistoria Watopedzkiej Ikony

Historia Watopedzkiej Ikony

w Ujkowickim monasterze

Format: A5
Ilość stron: 40

Czy wrogów ma spotkać kara Boża?

W odpowiedzi na to wewnętrzne wezwanie Bogurodzicy ojcowie bardzo często, w najbardziej przykrych dla siebie momentach i atakach ze strony mieszkańców Ujkowic, czytali po Liturgii egzorcyzmy o wyrwanie ludzi czyniących im zło ze szpon szatana. Niedługo trzeba było czekać na reakcję. Któregoś dnia przyszedł do Monasteru oficer policji z Przemyśla i w rozmowie z ojcem Nikodemem niespodziewanie zapytał: „Czy to prawda, że przybiliście do ołtarza kartkę z nazwiskami ludzi, których ma spotkać kara Boża?” Zdziwieni ojcowie popatrzyli na siebie znacząco i odpowiedzieli policjantowi, że nie przybijali do ołtarza żadnych kartek i nie modlą się o karę Bożą dla nikogo. Wprost przeciwnie, codziennie modlą się za wrogów, bo mają świadomość, że ataki na Monaster są potrzebne dla większej chwały Bożej, a źródłem zła i ataków nie są ludzie ale szatan. O kartkach położonych na ołtarzu „przybitych” relikwiami nikt nie wiedział prócz dwóch ojców. Dlaczego policjant zapytał o to i kto udzielił mu takiej informacji, pozostało nie wyjaśnione do dziś.

Faktem jest, że kilkanaście osób najbardziej zaangażowanych w walkę z Monasterem już zmarło. Mimo znaków Bożej Opatrzności nad Monasterem z uporem maniaka toczyli kampanię oszczerstw, siali nienawiść, szkodzili mnichom na wszelkie sposoby. Były sołtys Ujkowic z urzędu zaangażowany w protest, wypowiedział znamienne słowa: „Do śmierci będę z nimi walczył”. Nie przypuszczał, że pożyje jeszcze tylko 5 miesięcy... Pewna kobieta przeklinała mnichów bez powodu, choć jej ojciec i matka w pierwszych latach od założenia Monasteru przychodzili do cerkwi monasterskiej na Liturgię. Tydzień przed śmiercią wezwała mamę brata Mikołaja, córkę Mikołaja Kani, i powiedziała do niej: „Ja już umieram, bo popy mnie przeklęli”. Na to matka brata Mikołaja odpowiedziała jej: „Ojcowie nikogo nie przeklinają, oni za wszystkich się modlą, nawet za tych, którzy im czynią zło”. „To módl się za mnie i proś ojców, aby mi przebaczyli...” Po tygodniu kobieta umarła. Pewien mężczyzna z Ujkowic po pijanemu przy wielostopniowym mrozie przejechał ciągnikiem przez sosny zasadzone wzdłuż muru monasterskiego. Namówiony został do tego za flaszkę wódki przez inną kobietę, która programowo walczy z mnichami, aby wygnać ich z Ujkowic. Kilka sosen złamał ciągnikiem. Wiosną zostały wyrwane z korzeniami jeszcze trzy, a latem mnisi pojechali na uroczystości św. Proroka Eliasza do Białegostoku. W nocy powrócili do Ujkowic. Rano powiadomiono ojców, że reszta sosen (24) została wycięta i leży za murem. Rzeczywiście, widok był opłakany. Mnisi wezwali policję. Mimo prośby ojców policjanci odmówili zabrania psa. W takim razie ojcowie zasugerowali, żeby wziąć wojsko z odpowiednio przeszkolonym psem. Wojsko przybyło na komendę z psem, ale policja dała samochód do Ujkowic dopiero po trzech godzinach! Pies jednak znalazł ślady i dotarł do właściciela siekiery, którą ścięte były sosny i która była schowana pod schodami. Policjant śledczy zabezpieczył siekierę i ściął piłką w obecności mnichów część ściętej sosny i wystający z ziemi jej pień, i zabezpieczył w worku foliowym do ekspertyzy. Po kilku miesiącach „badań naukowych” stwierdzono w piśmie z prokuratury przemyskiej: „Mała szkodliwość społeczna czynu oraz nie ustalony sprawca, ponieważ zabezpieczona siekiera nie była narzędziem przestępstwa. Ekspertyza wykazała, że sosny nie były ścięte siekierą znalezioną przez psa wojskowego, ale piłką stolarską. Dlatego umarza się całą sprawę”. (!) Jednak sprawiedliwość dla cynicznego przestępcy przyszła niespodziewanie. Jeszcze jesienią u jednej z mieszkanek Ujkowic, podpity, naśmiewał się z „ruskiego Boga” i „ruskiej wiary”. „Jeżeli jest silny „ruski Bóg” to niech nie doczekam Bożego Narodzenia” – powiedział do tej kobiety. I rzeczywiście nie doczekał. Trzy razy w szpitalu wycinano coś z jego ciała: nogę, krtań i jelito. Zmarł kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Do kościoła w Ujkowicach nie chodził, ale proboszcz przyjechał do domu i prowadził jego ciało uroczyście na cmentarz maszerując przed murami Monasteru. No cóż, zasłużył się w walce z popami.

Dla zobrazowania tego, jaka jest mentalność duchowieństwa rzymskokatolickiego wobec Prawosławia niech posłuży następujący przykład. Pewien młody człowiek, katolik, pragnął wstąpić do Monasteru w Ujkowicach. Poczynił już pierwsze starania. Babka jego modliła się w Licheniu o „opamiętanie” dla wnuczka. Chłopak po pewnym czasie zachorował i musiał opuścić seminarium duchowne. Znajoma zakonnica z jego rodzinnej miejscowości powiedziała: „Jak to dobrze, że zachorowałeś, nie staniesz się schizmatykiem.”  Kilka miesięcy później młody człowiek umarł na raka krwi. Nie został „schizmatyckim” mnichem. Modlitwy babci zostały wysłuchane.

© Monaster Św. Cyryla i Metodego w Ujkowicach - monasterujkowice.pl - Wszystkie prawa zastrzeżone.